Było dokładnie walką z obłędem, obłędem narzuconym Europie i Polsce

Witam bardzo serdecznie pana Alfreda, świadka historii, który w nocy z 3 na 4 sierpnia 1944 roku uciekł z więzienia na Mokotowie. Pan Alfred miał 14 lat gdy został tutaj umieszczony przez niemieckiego okupanta jako zakładnik za swojego brata – Jacek Pawłowicz powitał zgromadzonych na mszy św. w korytarzu X Pawilonu w Muzeum w więzieniu przy ul. Rakowieckiej. „W tym miejscu i w tym czasie i w tę rocznicę będziemy sprawować mszę św. za męczenników, bo przecież, wierzymy w to mocno, Ci którzy zginęli za Ojczyznę a ich życie przepajała modlitwa, że wielu z nich jest świętymi.

Ponieśli śmierć tutaj za miłość do Ojczyzny i za wiarę świętą, bo nie dało się tego rozdzielić. Dlatego modlimy się w intencji poległych i pomordowanych powstańców warszawskich, polskich funkcjonariuszy straży więziennej, więźniów mokotowskiego aresztu oraz mieszkańców Mokotowa brutalnie
zamordowanych przez niemieckich bandytów z Waffen SS na terenie tutejszego więzienia w dniach od 2 do 5 sierpnia 1944 roku. Dziękujemy za obecność pana Alfreda (przyjechał z Koszalina) i tych wszystkich, którzy te straszne dni przeżyli i prosimy o potrzebne dla nich łaski
– tymi słowami księża rozpoczęli sprawowanie mszy św. w dniu 5 sierpnia 2018 roku o godz. 10.00 w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w Warszawie. Dziękujemy powstańcom, że kiedyś dokonali wyboru między mieć a być, wybrali bycie wolnymi w wolnej Warszawie, w wolnej Polsce, wolnej dla przyszłych pokoleń, dla nas.
Pan Alfred zaaresztowany został z przyczyn poszukiwania starszego o 10 lat brata, który jako stolarz wykonywał magazynki na broń. Ktoś musiał go wydać, przychodzili dwukrotnie do domu a za trzecim razem w domu oprócz matki był Alfred. Zapytali matkę „czy ten mały bandyta też twój” i zabrali ze sobą na Szucha. Przesłuchiwany, bity nie wydał bo nie wiedział, zgodnie z zasadą konspiracji, dla bezpieczeństwa członkowie rodziny o działalności w podziemiu nie mówili. Przenieśli chłopca do celi na Rakowieckiej, gdzie siedział od marca do wybuchu powstania. Więźniowie nie otrzymywali już posiłków, słyszeli też odgłosy rozpoczynających się masowych egzekucji w więzieniu. Do wieczora pierwszego dnia rozstrzelano 600 osób, cela p. Alfreda przeznaczona była na egzekucję dnia następnego.
Weszło 2-ch z automatami i oficerem, na którego rzucił się jeden z więźniów wbijając mu nóż w szyję. Zamieszanie umożliwiło ucieczkę panu Alfredowi.
Pan Alfred pokazał nam okna celi w więzieniu oraz okno klatki przeciwległego budynku mieszkalnego, do którego przychodziła jego matka, widział ją z okna celi. Pan Alfred zaśpiewał też jedną z piosenek powstańców warszawskich, wzruszony był jak niegdyś jej słowami tak jak i wspomnieniem matki w oknie. Lubiłem śpiewać, zresztą za te śpiewy siedziałem w UB. Taki płaczek się na starość zrobiłem – skomentował swoje wzruszenie. Trauma towarzyszy panu Alfredowi do dziś, przez lata budził się z krzykiem w nocy, teraz nie może spać i wszystko ma przed oczyma. Sceny z dzieciństwa, które tak okrutnie zabrali mu niemieccy bandyci. Nie tylko niemieccy bandyci odpowiedzialni są za zagładę mieszkańców Warszawy.
Zieleniak to miejsce szczególne, to bardzo znany w latach 20-ch i 30-ch XX wieku bazar na Ochocie, miejsce tętniące życiem, ważne nie tylko dla Ochoty, Warszawy ale również miejscowości podwarszawskich – Jan Kasprzyk w filmie sprzed kilku lat „Exodus Ochoty” rozmawia ze śp. Olgą Johann, której matka również zginęła na Ochocie, o tablicy upamiętniającej zagładę ludności w pierwszych dniach powstania. W 1944 roku kiedy wybuchło powstanie, a tak się złożyło, że oddziały powstańcze wobec przeważających sił niemieckich już drugiego dnia opuściły Ochotę wędrując do Pęcic (pozostały Reduta Kaliska i Reduta Wawelska), ludność cywilna została w to miejsce zapędzona przez Niemców, a przede wszystkim przez tzw. żołnierzy (bandytów) RONA czyli rosyjskiej, wyzwoleńczej ludowej armii dowodzonej przez Bronisława Władysłowicza Kamińskiego. Na terenie Zieleniaka otoczonego wysokim murem spędzono około 10 tysięcy mieszkańców Ochoty, tych którym udało się przeżyć wcześniejszą akcję pacyfikacyjną czyli wpędzenie z mieszkań, ograbianie, gwałty i mordy. Na budynku Grójecka 104 jest tablica upamiętniająca rzeź w piwnicy tego domu,
w której schroniło się około 100 mieszkańców a rosyjscy bandyci wrzucili tam wiązki granatów. W podobny sposób chorych i rannych wymordowano w pobliskim Instytucie Radowym. Ochota pełna jest takich upamiętnień, straty na Ochocie są porównywalne do strat Woli ale nie mogły być nagłośnione w czasach „przyjaźni polsko-rosyjskiej”. Niestety, ta poprawność w niektórych kręgach jest wciąż aktualna. Potem popędzili wszystkich nas ulicami Kopińską, Radomską i Grójecką, pośród palących się domów, trupów mieszkańców. Ronowcy strzelali do każdego, kto stawiał jakikolwiek opór, gwałcili kobiety i dziewczęta na oczach pędzonego tłumu.

Zabierali pieniądze, obrączki, pierścionki. Łamali palce, jeśli nie można było szybko zdjąć obrączki czy pierścionka. Mojego tatę trzykrotnie stawiano pod murem do rozstrzelania. Matka Boża nie pozwoliła go zabić. Wreszcie zamknęły się za nami bramy Zieleniaka… ustawiono karabiny maszynowe na murach ogrodzenia, otoczono cały Zieleniak od strony zewnętrznej strażą i dopiero zaczęła się gehenna ludzi. Bez wody, jedzenia, bez możliwości umycia się, uczesania- wszyscy wyszli z domów tak jak stali, w letnich ubiorach. Ludzie leżeli i spali na bruku. Pijani do nieprzytomności ronowcy męczyli ludzi w okropny sposób. Gwałcili kobiety, bili dzieci, zabijali mężczyzn. Ludzie tracili zmysły
Opiekę nad fragmentem muru Zieleniaka z tablicą upamiętniającą tę obłędną historię od lat sprawuje Liceum im H.Kołłątaja. To właśnie w tym Liceum osoby zamordowane na Zieleniaku były palone w sali gimnastycznej. Stos popiołu przeniesiono stąd po wojnie na cmentarz powstańców na Woli. Czyż nie trafne są słowa Ministra Jana Kasprzyka wygłoszone na Ochocie podczas tegorocznej, 74 rocznicy Powstania Warszawskiego?
„Stanęliście do walki dobra ze złem i w tych kategoriach należy powstanie warszawskie oceniać, w tych kategoriach należy oceniać decyzję generała

Antoniego Chruściela ps. Monter. Powstanie Warszawskie nie było obłędem
jak nazywają to niektórzy historycy czy publicyści. Było dokładnie walką z obłędem, obłędem narzuconym Europie i Polsce przez narodowosocjalistyczną niemiecką III Rzeszę , która w porozumieniu z sowietami rozpoczęła wojnę światową”.

Były różne formacje działające we współpracy z Niemcami, byli Rosjanie jak RONA, byli też Ukraińcy, były oddziały Własowa, które wsławiły się podczas rzezi Woli. Z formacji kolaboracyjnych złożonych z Ukraińców w walkach z powstańcami w drugiej połowie września 1944 roku na Czerniakowie i w Puszczy Kampinoskiej uczestniczył Ukraiński Legion Samoobrony pod dowództwem Petro Diaczenki. Legion został utworzony przez niemiecką służbę bezpieczeństwa głównie z ukraińskich policjantów z Wołynia. Szlak bojowy tego oddziału jest jednym pasmem zbrodni skierowanych przeciwko Polakom, ludności cywilnej, partyzantom AK i BCH oraz Wojsku Polskiemu. Dowodzili nim ukraińscy oficerowie, mając za niemieckich oficerów nadzorujących funkcjonariuszy niemieckiej policji politycznej (SD – Sicherheitsdienst).

„Ojczyzna to ziemia i groby, narody tracąc pamięć tracą życie. Ważne jest nie tylko dokąd idziemy ale skąd przychodzimy. Czy bylibyśmy w tym miejscu bez tych naszych bohaterów tamtych czasów? Nie… nie byłoby nas tutaj dzisiaj” powiedział Premier Mateusz Morawiecki. Podczas tegorocznych uroczystości sprawcy zagłady Warszawy nazwani zostali Niemcami lub niemieckimi bandytami, dziękuję. Homilia wygłoszona podczas mszy św. w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w Warszawie zakończona została wierszem Andrzeja Gawrońskiego dedykowanym poległym powstańcom i mieszkańcom Warszawy:
Weteranom z oddziału „Ponurego”

Dziś nie dla nich schylone sztandary,
Nie dla nich „prezentuj broń”!
Nie dla nich Virtuti Militari,
Tylko szron, co bieli im skroń.
Tylko pamięć tych nocy, tych dni,
Kiedy w brudnych koszulach, strudzeni,
Zmordowani, krok za krokiem szli
Na swych barkach taszcząc erkaemy.
Oni przecież walczyli nie o to,
By brać udział w zasług targowisku:
Ich był las i kamienie, i błoto,
Ich był dym i wszy, i ognisko.
Ich to była nadzieja, nadzieja,
Co czekała w zimowych zawiejach.
Ich to była tęsknota, tęsknota
Co ich gryzła w rozmokłych namiotach…
A gdy strzały umilkły nareszcie,
Nikt im laurów nie kładł na głowy,
nikt kwiatami nie witał ich w mieście,
Nie przygrywał im hymn narodowy…
Kajać im się kazali po sądach
I za własną tłumaczyć się krew,
Jak psy kryć się musieli po kątach
W piersiach tłumiąc rozterkę i gniew.
Czy się kiedyś zagoi ta blizna,
Co goreje jak krwawe łuczywo?
Czy się wreszcie zdobędzie Ojczyzna,
By uznaniem odpłacić za miłość?
I czy kiedyś ten moment nadejdzie,
Gdy się przez megafony, ekrany
I przez szpalty dzienników dowiecie,
Że nie został wasz trud zapomniany?
Wasza wiara, co kłamać nie umie,
Wasza moc, która dała wam czyny,
I wspomnienie, co pachnie w albumie
Zasuszone gałązką jedliny…

Bożena Ratter
Zapalmy świeczkę na ich grobach lub miejscach kaźni