Matematyka na Maturach; jak tworzyć elitę inżynierów?

Moim zdaniem:
Nie tędy droga, zmuszać ludzi do pisania niezrozumiałych i trudnych testów maturalnych z matematyki.
Problemem jest sama edukacja. Jeżeli matematyki uczy osoba, która nie umie jej nauczyć, nie potrafi zachęcić do tego przedmiotu, zainteresować, lub chociażby umiejętnie wytłumaczyć, to jak możemy wymagać zdawania egzaminów z tego przedmiotu?
Osobiście miałem bardzo złe doświadczenia z nauki matematyki, uczęszczałem do dawnego technikum kolejowego
w Poznaniu, uczyła tam matematyki w latach osiemdziesiątych para małżeńska. Moje doświadczenia szczególnie z nauczycielką przedmiotu były bardzo negatywne. Każdy kto uczęszczał w tamtych latach do tej szkoły w Poznaniu wie o kogo chodzi. Na mój bunt przeciw takim a nie innym metodom nauki, faworyzowania „kujonów”, nie zauważania problemu nie rozumienia omawianych zagadnień i tematów przez większość uczniów klasy do której uczęszczałem, odpowiedziała wrogością i ukazaniem typowego oblicza belfra w sensie jak najbardziej negatywnym. To belfer ma racje, on wie najlepiej, a fakt że 90 procent uczących się przedmiotu w klasie, nie ma pojęcia o czym on mówi, a do tego obawa aby w jego lekcjach uczestniczyć (stres spowodowany zachowaniami nauczyciela, przekładaniem jego ukochanego przedmiotu nad wszystko inne, blokował całkowicie chęć przyswojenia sobie wiedzy), powodowały problem najistotniejszy: niechęć do przedmiotu identyfikowaną pośrednio z nauczycielem tego przedmiotu.
W tym miejscu zaczyna się problem nauki matematyki. Dlaczego chodząc na korepetycje potrafiłem w miłej atmosferze rozwiązywać zadania. Korepetytor w osobie profesora z politechniki nie rozumiał problemu.
Nie pojmował ze po wyjściu od niego wszystkie czynności związane z rozwiązywaniem zadań kojarzyły się z osobą tamtej negatywnej postaci z mojej szkoły średniej. w Jakiś sposób następowała blokada i nie umiałem już podjąć wysiłku nauki matematyki. Przed oczami stała mi nauczycielka, jej wypowiedzi, niechęć do nas, faworyzowanie klasowych lizusów. A więc włączał się jeszcze imperatyw związany z oceną etyczną i moralną tej osoby jako WYCHOWAWCY. Ocena była dyskwalifikująca. Dodam, że nie tylko w moich oczach.
Z podstawówki przypominam sobie, że chemię zaliczyłem na piątkę tylko i wyłącznie dla osoby nauczyciela, który ten przedmiot wykładał. Był Otwarty na młodych ludzi, potrafił znaleźć do nich dojście. Pogodny, wesoły umiał poprzez swoje niekonwencjonalne metody, poprzez pokazanie „ludzkiej twarzy” zachęcić mnie do żmudnej i mozolnej pracy w postaci nauczenia się całego materiału na piątkę.
I to jest droga do nauki matematyki, wyszkolenie i wprowadzenie personelu nauczycieli, którzy będą potrafili znaleźć wspólny język z młodzieżą i przynajmniej do niektórych dotrzeć poprzez wizerunek swojej osoby jako przykład do naśladowania, osiągnąć zainteresowanie przedmiotem.
Narzucanie egzaminów nic nie da, jeżeli przygotowanie będzie zerowe. Matematyka to przedmiot do którego trzeba szczególnie zachęcić. Zmuszanie przyniesie odwrotne efekty. Inna sprawa, że dobrych nauczycieli tego przedmiotu jest bardzo mało.
Dlaczego ministerstwo edukacji nie zacznie od tej strony? Najłatwiej nakazać: „Teraz zdajecie matematykę bo potrzebujemy więcej inżynierów”. Tylko jak ci inżynierowie będą się spełniać w życiu zawodowym z takimi obciążeniami po swoich nauczycielach ze szkół średnich?

Piotrek

Autor

Piotrek

Cóż, ten świat nie zawsze działa według norm, które zakładasz,że istnieją...? Co jest dobre co złe? Czy lepiej milczeć na ten temat, czy mówić? Zdecydujcie sami, ja już podjąłem decyzję.