Z maila:
„Publicysta Antin Borkowski dla kulturoznawczego kwartalnika „Ji”
Gorzkie chleby rzek wołyńskich

16 maja 2013 r.
Kto zabił? A przecież jakoś zginęli …

Odpowiedzi na pytanie, dlaczego doszło do tragedii wołyńskiej można szukać długo. Ale nie na tym polega ta sprawa. Pytanie, co powinniśmy robić teraz? Nie chodzi tu o rezolucje w polskim Sejmie. Ukraina ciągle ma dylemat: przeprosić, czy nie? Wyznać winę, czy nie? Na Ukrainie nadal nie ma poczucia, że na Wołyniu doszło do przestępstwa przeciwko cywilnej ludności.

Przyzwyczailiśmy się do abstrakcyjnej krwi. Po Wielkim Głodzie, drugiej wojnie światowej, represjach stalinowskich ofiary sąsiadów nie wyglądają zbyt katastrofalnie. Nie uczciliśmy zresztą jeszcze pamięci własnych ofiar. Dlatego Wołyń pozostaje bezosobowym obrazem w ukraińskich podręcznikach historii. 30 czy 40 tysięcy ofiar polskich. A może 60 tysięcy? Przecież Ukraińców ginęły miliony – w czasach Wielkiego Głodu czy drugiej wojny światowej. Polakom od tego nie jest jednak łatwiej. Rekonstrukcje historyczne trwają, a wspólnego punktu widzenia nie ma.

Dosłownie przedwczoraj wyrżnięto w pień kilkadziesiąt tysięcy cywilów, tymczasem historycy po obydwu stronach granicy nadal targują się, jakby kładli ciała na szalę. „Polacy kłamią” – mówią jedni. „Ukraińcy nie chcą dostrzegać zaplanowanej zbrodni” – odpowiadają inni.

Dla historyków po obu stronach jest to wygodne – politycy i dziennikarze pytają ich o porady, poszukują formuły do opisania „masakry wołyńskiej” – jakich słów można używać, a jakie zaszkodzą racji stanu. Kalkulacyjna wyobraźnia oficjalnych rzeczników „prawdy historycznej” zgodnie z szablonem podaje przykłady, według których należy uczyć przyszłe pokolenia. Historycy – strażnicy interesu racji stanu. Bezkompromisowa walka prowadzona jest z powodu kilku linijek w szkolnym podręczniku i ewentualnie za miejsce pod partyjnym słońcem. Targują się z powodu napisów na pomnikach. O formułę potępienia i pojednania. Ale nadaremnie. Ukraina Zachodnia nie będzie zgadzała się na publiczne piętnowanie OUN i UPA, które stały się symbolem walki z komunistami. Polska nie zaakceptuje pomników Bandery i Szuchewycza, którzy dla Polaków pozostają antybohaterami.

Można przytaczać w sprawie wołyńskiej wyjaśnienia w faszyzowaniu Ukraińców, w ludożerczych ideologiach XX wieku i kolonizacyjnych skłonnościach Polaków, w obudzonej podczas wojny przemocy chłopskiej. Ale wewnętrzny głos podpowiada nam – historycy raczej nie ustalą obopólnej prawdy. Ukraińscy historycy chcą zobaczyć rzeczywiste dowody, powiedzmy – oficjalny dokument OUN, na którym został zapisany rozkaz „idź i zabij Polaka”. Nie znajdą. Nie było takiego papieru. Nie istnieją takie papiery. Istnieją tylko góry trupów.

Ukraińscy historycy przypominają o polityce kolonizacji przedwojennego rządu polskiego, która oburzyła chłopów, polscy – o ukraińskich nacjonalistycznych grupach komandosów. Wypominają mieszankę z Niemców, Sowietów, maruderów, partyzantów i Bóg wie czego jeszcze.

Nie wiem, czy istnieją dowody na to, że to właśnie OUN była zaangażowana w organizację masakry na Wołyniu czy odwrotnie – niezaangażowana. Chciałbym wierzyć, że tych trupów nie było, że to brednie „polskich szowinistów”. Że liczby są zbyt zawyżone. Że wołyński mrok zrodzili Stalin i Hitler. Że jakoś tak to się stało. Jakoś samo. Nie wierzę w to. Bo to jednej lipcowej nocy jednocześnie zapłonęła setka wiosek. Wątpię, że ktokolwiek, nawet z nacjonalistyczną odwagą, będzie fałszywie zeznawać w sprawie morderstwa. Przecież nie zabijali siebie Polacy, aby później ich potomkowie mieli wygodne narzędzie do obniżania ukraińskiej samooceny. Więc była krew.

Było zgliszcze kości. Zamordowali dzieci. Były akcje odwetowe, kiedy zabijali Ukraińców, kiedy zabijali ukraińskie dzieci.

Syndrom nieprzyznawania się do zbrodni jest charakterystyczny dla wszystkich narodów. I dla nas, i dla Polaków, i dla Rosjan. I zbiorowy Hutu pewnie nadal nie widzi krwi Tutsi na swoich rękach.

To pytanie jednak jest skierowane do nas. Czy jesteśmy gotowi, by poczuć się odpowiedzialnymi. Odpokutować za tych, którzy być może byli pewni nieomylności swoich działań.

Teraz wszyscy oni – wołyńscy zabójcy – są martwi. Żaden z nich głośno nie będzie pokutował. Chociaż nie wiadomo, czy ich ostatnimi słowami na łożu śmierci nie były: „Panie, bądź miłościw mnie grzesznemu! Wybacz, Jezusie Chrystusie, za przelaną krew! Zlituj się Matko Boska, nie wiedziałem. Złamałem przykazanie w imię nienawiści. Zabijając ich – zabiłem siebie. Tobie jedynie ufam. Odpuść mi, Panie”.

Dlaczego powinniśmy przepraszać? Nie dlatego, że oczekuje tego Sejm czy Parlament Europejski. Także nie ze względu na partnerstwo strategiczne z Polską. A dlatego, że nasi przodkowie przelali ludzką krew w bagnach wołyńskich. Zrzec się odpowiedzialności za tę krew, zrzec się ich pamięci. Naszej pokuty wymagają nie Polacy, a dusze tych, którzy nie widzieli, co czynią. I nie Polacy mają pochować kości wołyńskie, a Ukraińcy. Wołyń, to ziemia ukraińska. Czas zbierać kamienie. Czy Polacy pójdą naszym śladem? Oni mają swoje kości ukraińskie w zakamarkach historii. Oni niech decydują.

Pamięć lubi słodkie, złe – do lamusa. Ojciec zabił sąsiada – my jednak pamiętamy tylko to, jak grał na skrzypcach. Bo dobrze grał. Naprawdę dobrze. I huśtawki robił. Jeśli jednak to był nasz ojciec, musimy znaleźć w sobie siły, by powiedzieć to „przepraszam”, nawet nie mając nadziei, że usłyszymy w odpowiedzi „wybaczam”.

Za grzech niech każdy odpowiada sam. Z zabitymi Ukraińcami niech radzą sobie Polacy. Cudze sumiennie trudno obudzić. Najważniejsze, byśmy poradzili sobie z sumieniem własnym. Co prawda, na razie sukcesów z ogłoszonego wzajemnego przebaczenia mamy zero.

I problem nawet nie leży w formule pojednania, to wszystko jest bardziej tragiczne. Przelana krew stała się jakby dodatkiem do grzechu, zainwestowanym w nowoczesne budowanie narodu, stała się powszednią zaprawą do walk, niby zawsze tak było i zawsze tak będzie. Regularne stwierdzenie, że „ludzka krew nie woda” stopniowo zaćmiło oko.

Mimo rytuałów protokolarnych kazań, mimo rocznicowego machania kadzidłami – do dziś porozumienie w sprawie zbrodni wołyńskiej było kastrowane, gdyż nie było czynu pokuty jako takiego. Wewnętrznego, nie pozornego. Formalne próby porozumienia się przypominały w pewien sposób biurokratyczną błazenadę – „tutaj ostry wyraz wycinamy, a tutaj – dodajemy mądre słowo”. Ale nie palił wstyd, który umożliwia czyn pokuty. Nie było pragnienia, aby odpokutować grzech, który nadal ropieje pod łachmanami pamięci narodowej. Do dziś, nawet szukając próby przeprosin, wynajdowano powody, aby zrównać przebaczenie do imperatywnego: „niech oni pierwsi pokutują”. Oczywiście na Ukrainie są środowiska, które wypowiadają się kategorycznie przeciwko przepraszaniu Polaków – ale nie chodzi tu o nich.

Wołyńska odtrutka

Potencjalne osoby pokutujące nadal nie mają śmiałości, by na pytanie „kto zabił?” odpowiedzieć – „może i myśmy zabili”. Jeśli „my” brzmi zbyt patetycznie, to należy zindywidualizować wewnętrznie – „ja zabiłem”. Poczuć w sobie to narodowe „ja”, które pół wieku temu uważało, że zabicie sąsiada jest możliwe.

Z tego miałby się zacząć „dialog wołyński”. Ale nie chodzi o to, że poszczególny Myrosław Marynowycz, Taras Woźniak lub Lubomyr Husar „dosłownie wziął i zabił Polaka na Wołyniu”. Pokutować powinna właśnie ta część narodu, która wciąż tworzy w sercu linię podziału na swoich i obcych. Gdzie swój jest zawsze bliższy. Ta część, która wyraźnie wyznacza „swojego bliźniego” i „ich dalszego”. Gdzie obcy – to przeważnie wróg. Gdzie swój – zawsze jest ofiarą. Gdzie Chrystus – to tylko abstrakcyjny autor książkowej utopii i atrybut liturgii, zabity Polak nie równa się zabitemu Ukraińcowi i na odwrót.

Oczywiście, ludzie żyją według praktycznych szablonów, ale czyn pokuty i pragnienie szczerego pojednania nie przewidują podwójnych standardów. Jeśli naprawdę chcemy, aby słowa skruchy zostały usłyszane, będziemy musieli obudzić swoją odpowiedzialność za grzech zbiorowy. I sprawa nie w Polakach. To konieczne, aby sformułować te słowa tak, abyśmy mogli usłyszeć je my sami. Zrozumienie między Polakami i Ukraińcami jest potrzebne, ale jak dla mnie, przyjęcie chrześcijańskiej odtrutki jest dla Ukraińców znacznie ważniejsze od „pogodzenia się” w kolejnej pustej deklaracji. Bo to nie dla Polaków jest ważne nasze „przepraszam”, a właśnie dla nas samych. Cokolwiek by nie rozgadywali nasi narodowcy-paranoicy, ale nikt nie „zabierze kresów” z powodu tych, którym na Ukrainie będzie wstyd za „swój los” krwi przelanej w latach 40. na Wołyniu.

Narodowe „ja” ma wiele powodów do dumy, ale powinno być wrażliwe także na wyrządzoną niesprawiedliwość. Tak więc, czy to Ukraińcy spowodowali krzywdę na Wołyniu – każdy decyduje za siebie. I podobny test stoi przed każdym narodem.

Chrześcijańska metodologia nie wymaga znalezienia winowajcy – podczas gdy właśnie chrześcijanin ma siłę, aby przyznać się do winy, namacać ją pod pozłacanymi warstwami pamięci narodowej. Za co mają pokutować Polacy, niech przypominają oni sami – na drogę pokuty „za swoje” musimy stanąć sami, bez względu na ich reakcje.

Nieprzebaczony grzech niszczy i tylko sumienie pozwala skupić rozmytą pamięć narodową. Skrucha leczy sto razy bardziej niż triumfalne marsze. Bębny marszowe są głośne, ale jest to tylko bicie halucynogennego haszyszu w skroniach. Powojennym Niemcom się udało. Udało się Francji. Udało się Polakom w sprawie Jedwabnego. Niedawno znaleziono „zdrajcę” ludności serbskiej, reprezentowanego przez prezydenta Tomislava Nikolića, który po raz pierwszy powiedział słowa, które mieli usłyszeć nie Bośniacy i nie europosłowie. Te słowa mieli usłyszeć głównie Serbowie: „staję na kolana i błagam o przebaczenie dla Serbii z powodu zbrodni, które zostały popełnione w Srebrenicy. Przepraszam za zbrodnie popełnione w imię naszego kraju i naszego narodu”. My na razie nie dojrzeliśmy. Może po prostu nie nadszedł jeszcze czas, może Ukraińcy jak na razie nie poczuli się na tyle silni.

Prawdopodobnie o tej najstraszniejszej karze, tym pogańskim bieganiu w kółko, gdzie zemsta stale obraca się w karę pisał Mikołaj Gogol: „ponieważ dla człowieka nie ma większego cierpienia, niż chcieć zemścić się i nie mieć możliwości dla zemsty”. Gogol pisał nie tyle o zbrodni i radości ze „sprawiedliwej” zemsty, ile o jej zgrozie. Bo ten, kto krąży w labiryncie nienawiści (nawet tej uzasadnionej) nie będzie wolny od rozliczenia się za nią: „kara straszna, wymyślona przez Ciebie, człowieku! powiedział Bóg. „Niech będzie wszystko tak, jak powiedziałeś, ale i ty zawsze siedź na swoim koniu i nie będzie dla ciebie królestwa niebieskiego, dopóki będziesz siedział na swoim koniu!” Serbowie pokonali ten lęk rezygnując z wiecznej zemsty, oni, jeśli nawet się nie uwolnili, to chociaż „zsiedli z tego konia”.

Polityka pamięci historycznej nie jest geopolityką. To nie jest kwestia krajobrazu, oznakowanego zabytkami czy publiczne napiętnowanie katów. Polityka pamięci historycznej staje się możliwa, kiedy u ludzi budzi się sumienie. W przeciwnym razie – jest to tylko propaganda, zwodnicza koronka argumentów. Dlatego pamięć poszkodowanych zawsze jest silniejsza niż fanfary propagandy i cenzury.

Na abstrakcyjne wspomnienie o zbiorowej zbrodni przytępiony instynkt reaguje niemrawo. W szczególności, jeśli spierać się o liczby i formuły, nie myśląc o zmarłych, a dokładniej o tych, którzy zginęli w mękach. Podobnie jest z Wielkim Głodem, który na Kremlu jest uważany za „juszczenkowskie zniesławienie” i gdzie mówią: ukraińscy chłopi umierali z głodu, ale w Rosji też umierali, więc dlaczego to wypominać…

Kiedy trupy zaczynają przemawiać, wtedy kompromis (nawet z sumieniem) – nie jest możliwy. Oczywiście, strach się przyznać i żyć z plamą na honorze narodowym, tym bardziej, jeśli uważa się martwych za „obcych”. Ale jeszcze gorzej żyć z grzechem nieodkupionym, bo to pewny dowód – boża droga jest pomijana.

Historyk, który kokieteryjnie przykrywa krew, ksiądz, który nie wymaga sakramentu pokuty – są zaangażowani w zbrodnię. Oni kryją mordercę. Jeśli duchowieństwo stara się „pogodzić” w kwestii wołyńskiej, to niech odpowiedzialnie doprecyzuje, kto zabił i jak głębokie są wyrzuty sumienia. A jeśli historycy stwierdzą, że nie wiedzą, kto zabił – wtedy sprawy naprawdę mają się źle, wtedy jest kłopot.

Przez lata obok granicy moralizatorzy w sutannach przypominają „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Ale ani nie przebaczyli, ani nie przeprosili. Dlaczego zatem gromadzić nieodcięte przez brzytwę Ockhama wodewile? Jeśli zabijali – wtedy prawdopodobnie był i ten, który zabijał.

Jeśli prosimy o przebaczenie – choć i nie jednocześnie – ależ każdy za grzechy „swoich”. Według miary sumienia, a nie zgodnie z kanonem MSZ. W przeciwnym razie nigdy nie rozwiążemy tego węzła.

Sprawdzian sumienia w sprawie zbrodni wołyńskiej nie został zaliczony do dzisiaj. W imieniu kogo więc biskupi prosili o przebaczenie? W imieniu jakich nieuchwytnych ludzi z siekierami? Więc nie proście. Może nie są oni Ukraińcami. Ale jeśli wiecie kto zabił, proście o przebaczenie w ich imieniu. Jeśli wstydzicie się pokrewieństwa – lepiej módlcie się w ciszy. Nie wołajcie prezydentów i nie zapraszajcie operatorów kamer telewizyjnych. Nie bawcie się w politykę chrześcijańską. Ponieważ nie istnieje polityka chrześcijańska – jest polityka chrześcijan. Jeśli prosicie o przebaczenie, doprecyzujcie na czym polega wina i wobec kogo. Powtarzanie protokolarnego „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” bez moralnej skruchy narodu – tylko znieważa.

Oczywiście to nie będzie sprzyjać „politycznie poprawnemu pojednaniu”. Ale przecież nie gramy w piłkę nożną. Na razie, jak do nieba, daleko do szczerego wybaczenia: „przepraszam Cię, mój dziadek zabił twoją babcię. I nie mogę później być dumnym z jego munduru. Wybacz mi w imię Chrystusa„.

Można stworzyć wiele marmoladowych wzorów, lekkostrawnych i przyczesanych, pełnych aluzji i westchnień. Ale jeśli nie odczuwasz ciężaru zbrodni, to jak prosić o przebaczenie? Pokuta nie toleruje paliatywu.
Nie można wierzyć w Chrystusa do połowy. Nie można prosić o przebaczenie z figą w kieszeni. I pewnie dlatego wciąż w naszych wodach obraca się gorzki, nieodpokutowany chleb Wołynia. Nadszedł więc czas, aby pozwolić mu odejść.

Te ostatnie wytłuszczone przeze mnie słowa jakże są istotne. Nie sposób się z nimi nie zgodzić. TO jest prawdziwa droga do pojednania.

Źródło: www.ji-magazine.lviv.ua