Policja żydowska Aloisa Brunnera powinna napełnić wstydem nie tylko Niemców czy Austriaków, ale i nas samych

Tak pisał niezłomny Szymon Wiesenthal, skuteczny tropiciel niemieckich twórców holocaustu ( również austriackich i ukraińskich) we wspomnieniach w 1988 roku „Prawo, nie zemsta”. Może diaspora żydowska, zwłaszcza ta w Ameryce jest w tym samym stanie świadomości co w 1943 roku?

„W 1945 roku poznałem amerykańskiego oficera pochodzenia żydowskiego, należącego do jednego z oddziałów, które wyzwalały obozy koncentracyjne i na własne oczy widziały całe ich przeraźliwe okrucieństwo. Pewnego wieczoru siedzieliśmy w moim mieszkaniu i rozmawialiśmy o czasach wojny. Zastanawialiśmy się nad sprawą zainteresowania, jakie budził na świecie nasz los w okresie wojny. Obu nas ciekawił ten temat, choć z różnych przyczyn. Poprosiłem mego amerykańskiego przyjaciela, aby po powrocie do Stanów Zjednoczonych przysłał mi wycinki z amerykańskich gazet żydowskich, ukazujących się jesienią 1943 roku. Z podobną prośbą zwróciłem się do innego mego przyjaciela, Bar Yosefa, który pomagał Żydom w nielegalnej emigracji do Izraela, w ramach akcji „Bricha” Miał mi przysłać gazety palestyńskie z tego samego okresu.
Prośby moje zostały spełnione.

Po kilku tygodniach żołnierz przysłał mi paczkę z Ameryki, wypełnioną wycinkami z takich gazet, jak, „Morgenjournal”, „Forwerts”, „Tog” i innych, które ukazały się w Stanach Zjednoczonych w końcu sierpnia i na początku września 1943 roku. W tym okresie świat znał już wiele wiarygodnych wypowiedzi na temat największego ludobójstwa w historii.
O czym pisały wówczas owe żydowskie gazety Nowym Jorku? O weselach, ślubach, bar-micwach, o najróżniejszych przejawach żydowskiego i towarzyskiego życia. Wśród tych obiektów rzeczywistego zainteresowania pojawia się, gdzieś przyczepiona, wiadomość z BBC, że z getta w Białymstoku, wyprowadzono dużą grupę Żydów i rozstrzelano prawdopodobnie w pobliskim lesie.

Podobnie rzecz się miała z gazetami hebrajskimi, których przetłumaczył mi jeden z przyjaciół. Czytając to wszystko, zadawałem sobie pytanie, czy pozostaliśmy jeszcze tym samym narodem. Bezpośrednio po objęciu władzy przez Hitlera prasa austriacka rozpisywała się obszernie, co dzieje się z Żydami w Niemczech. Ukazywały się pierwsze relacje, a nawet książki o niemieckich obozach koncentracyjnych. Zbiegły do Szwajcarii dziennikarz, Leopold Schwarzschild, w wydawanym przez siebie miesięczniku opisywał niemieckie bezprawie, a norymberskie ustawy rasowe były lekturą dostępną dla wszystkich. Po zawiadomieniu organizacji żydowskich przez pewnego przemysłowca niemieckiego, że plany zmierzają do „ostatecznego rozwiązania” (Endlósung) kwestii żydowskiej, w Szwajcarii najpóźniej w 1943 roku wiadomo już było dokładnie, co wydarzyło się w Polsce. Więzień nazwiskiem Vrba, zbiegły z Oświęcimia, napisał relację, która okrężną drogą przez Szwajcarię dotarła do Anglii.

Oczywiście, można było nie zdawać sobie sprawy z rozmiarów tej katastrofy i przypuszczalnie nie chciano wierzyć wszystkim tym opowieściom, ale było przecież całkowicie jasne, że pod rządami nazistów z Żydami dzieją się rzeczy straszne. Za granicą istniały większe możliwości zdobycia prawdziwych informacji niż w Niemczech czy Austrii w czasach Trzeciej Rzeszy. Niemiec słuchający audycji BBC narażał się na karę, Anglik czy Amerykanin – nie. Opowieść zbiegłego oświęcimskiego więźnia była tam powszechnie dostępna. W Austrii bądź w Niemczech żołnierz, który w czasie urlopu w ojczyźnie opowiadał po pijanemu, co widział na Wschodzie, musiał się lękać kary za zdradę tajemnicy wojskowej. Jeśli ostatnio tak wiele gazet zagranicznych zarzuca Austriakom, w związku z „aferą Waldheima”, że starali się oni nie dostrzegać prawdy, to trzeba ten zarzut co najmniej równie mocno postawić wolnemu światu rozważając jego ówczesną reakcję, w tym także reakcję Żydów. Gdzie znaleźć można było, przynajmniej w żydowskich gazetach, krzyk rozpaczy, codzienne napomnienie?

Przypomniałem sobie nagle opowieści z kacetu, według których Żydzi uciekający z kraju do kraju, z jednego getta do drugiego pierwsi wpadali w ręce nazistów. Kiedy ludzie Eichmanna żądali od władz getta sporządzenia spisu osób przeznaczonych do rzekomego „przesiedlenia”, jako pierwsi umieszczani w nim byli ci, którzy w danym getcie znaleźli „schronienie”. Tak zwani obcy Żydzi. I tak, na przykład, Judenrat w Holandii jako pierwszych umieścił na liście Żydów niemieckich. Nie inaczej wyglądała ta sprawa we Francji czy w innych krajach. Nie wystarczała wspólna przynależność do żydowskiego narodu, aby szukać innych, bardziej ludzkich sposobów wyboru lub też odmówić wszelkiej współpracy z Niemcy powinni dokonywać „selekcji”, a nie Żydzi brudzić sobie ręce. Do wyjątków jednak należały wypadki, kiedy członkowie Judenratu woleli popełnić samobójstwo niż kolaborować.

Zdaję sobie sprawę, że nie miałoby to praktycznego znaczenia – zagazowano by i jednych, i drugich – ale nasza moralna integracja pozostałaby nienaruszona. Kiedy po latach szukając wyjaśnienia owego moralnego zawodu i spragniony wiedzy wertowałem minione stulecia historii naszego ludu, spostrzegłem, że w głębokim średniowieczu żydowskie gminy w Europie posiadały instytucję służącą wręcz odmiennym celom – Fundusz mocy, mający wspierać w potrzebie „obcych” Żydów. W średniowieczu zdarzało się bowiem często, że piraci uprowadziwszy statek zabierali pasażerów -Żydów, kupców chrześcijańskich czy księży-gdzieś na pustynię libijską, aby następnie domagać się za nich okupu. Ponieważ nie było wówczas poczty ani telefonu, okup zapłacić mogła tylko najbliżej położona gmina żydowska. I udawało się to niemal zawsze. Prawie stale trafiał się Żydzi, którzy jako pierwsi wykupieni zostali na wolność przez innych, obcych im Żydów.

Dopóki Żydzi mieszkali w gettach, uważali się za wspólną rodzinę. Gdy jednak, dzięki Bogu, mury getta obaliła emancypacja, stali się oni częścią ludności kraju swego zamieszkania, któremu chcąc nie chcąc przypadła także część uczuć żydowskiej wspólnoty. Szukaliśmy drogi do równouprawnienia przez asymilację i osłabienie wewnętrznej spoistości. Zabrakło jej nam też w czasach nazistowskich prześladowań. W przeciwnym wypadku nie byłoby możliwe, aby Aloisowi Brunnerowi udało się utworzyć żydowską policję, która pomagała mu wyciągać ludzi z domów i wpychać ich do pociągów jadących do Oświęcimia.

I nam pozostało z czasów Trzeciej Rzeszy nieco przeszłości do przezwyciężenia. Nikt inny nie ma prawa robić nam z tego zarzutu, ale my sami powinniśmy się kiedyś z tym rozprawić. Zbyt mało uczyniliśmy, aby obłożyć infamią żydowskich kolaborantów. Gdy po wojnie domagałem się wydałeś z komitetów żydowskich osób, które nadużyły swych funkcji w gettach i w kacetach, zarzucono mi, że „pomniejszy to winę nazistów”.

Mimo to przeprowadziłem mój projekt przynajmniej na konferencji żydowskich uchodźców, ponieważ wykazałem, że nie możemy narażać się na niebezpieczeństwo, iż kto inny wskaże przebywających wśród nas mężczyzn i kobiety jako tych, którzy nie potrafili się porządnie zachować. Jestem dumny, że wprowadzone wówczas zasady nazwane zostały „Lex Wiesenthal”.”
Żydzi żyją w ponad 80 państwach, których rządy mogą na nich wywierać nacisk, dlatego w naszym najgłębszym interesie leży traktowanie kolaboracji z wrogiem jako najgorszego przestępstwa. Policja żydowska Aloisa Brunnera powinna napełnić wstydem nie tylko Niemców czy Austriaków, ale i nas samych.”

Bożena Ratter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *