Wczoraj próbując ratować znalezionego ptaka byłem odsyłany od jednego urzędu do drugiego. Przez parę godzin.Wysłałem…

Posted by Piotr Szelągowski on Thursday, 8 June 2017


Te wszystkie (sztuczne) opowieści o tym jaki Poznań teraz jest ekologiczny pro-animal to kpina i bzdura.
Wczoraj próbując ratować znalezionego ptaka byłem odsyłany od jednego urzędu do drugiego. Przez parę godzin.

Wysłałem sms-a do znajomego radnego czy mój pomysł z pojechaniem do Zoo jest dobry.
Odpowiedział SMS-em że tak.
Jednak w rzeczywistości okazało się inaczej…

Kierownictwo ZOO do którego udałem się w pierwszej kolejności (Stare Zoo), stwierdziło że… (pani kierownik)…- że musieliby własnym (PRYWATNYM !) transportem zawozić na uniwersytet przyrodniczy rannego ptaka – a ja to niby jakim transportem jeździłem z tym ptakiem i chorą Mamą obok?
Po dojechaniu do UP usłyszałem od jego pracownika, że chyba nie mam co robić – i robię tylko innym robotę. W końcu przyjął kiedy wyciągnąłem w desperacji legitymację asystenta społecznego – niemniej i tak podniósł głos. Nazwiska nie chciał podać.
Kiedy poszedłem na rozmowę z jego przełożonym bardziej empatyczne okazały się pracownice biura, które widać było po ich zaangażowaniu i wypowiedziach przejęły się moim eksodusem z ptakiem.
Za to przełożony stwierdził – że po co tutaj przyjechałem, że powinienem ptaka dostarczyć na …POLICJĘ (!!!), a najlepiej zostawić w ZOO.
Kiedy powiedziałem ze pani w Zoo skierowała mnie do nich jako ekspertów i po już prawie 2 godzinach podróży z ptakiem chciałem po prostu zostawić go w dobrych rękach pracownika Uniwersytetu Przyrodniczego – stwierdził że oni przecież i tak nic nie poradzą. Wtedy przypomniałem sobie wypowiedź jego pracownicy o oddziale weterynaryjnym – ona zza jego pleców to potwierdziła.
Dopiero wtedy gdy nie miał już żadnych argumentów wyciągnął rękę – krótkim „dziękuję” pożegnał mnie.
Oby ta miła Pani nie miała problemów jeszcze z tytułu pomocy mi w akcji ratowania ptaka.

Konkluzja:
Spychologia, nic nie robienie, lepiej – nie angażować się bo wygodnie siedzi się za biurkiem no i trzeba używać transportu „prywatnego” – jak powiedziała kierowniczka Zoo.
Sądziłem, że ludzie na takich stanowiskach są dobierani z uwagi na szczególną wrażliwość wobec zwierząt. Jak widać się myliłem.

Nie ma procedur postępowania? Nikt nie może narzucić oczywiście litowania się nad jakimś tam marnym życiem ptaka…, ale osoba, która pilnuje życia innych zwierząt w Zoo powinna mieć to we krwi.
Tak mi się przynajmniej wydaje.