Wracając ze szczecińskich uroczystości 68 rocznicy powstania 27WDPAK spotkałem w jednym przedziale potomka Wołyniaka. Opowiedział mi historię swojej rodziny uciekającej z Wołynia. I znów pojawił się Ukrainiec, który pomógł w ucieczce.

Jakoś tak udało się bardzo szybko podjąć niezwykle ciekawą rozmowę. Przyłączył się do wymiany poglądów z innym współpasażerem z którym mówiłem na temat spotkania z księdzem Isakowiczem w Gorzowie, na którym jak się okazało byliśmy wspólnie, który poznał też ulotkę informującą o zbrodni na 4 letniej dziewczynce Stasi Stefaniak. Ulotkę tą wręczałem wtedy na spotkaniu Łemkowi, który nie bardzo zorientowany w zagadnieniu zbrodni dopytywał się o zakres mordów na Ukraińcach i Łemkach sądząc (zapewne tak jak chce, aby myślano na ten temat; nacjonalistyczna grupa Ukraińców w Polsce) że ofiarami UPA nie padali Ukraińcy, co jest oczywistą nieprawdą.
Dlatego też, ten temat jest skrzętnie omijany przez przedstawicieli nacjonalistów broniących wątpliwego etosu UPA. Zdają sobie oni sprawę że w tej kwestii stoją na całkowicie straconych pozycjach. Dlatego starają się rozpowszechniać jak najwięcej przejaskrawionych lub wręcz nieprawdziwych informacji o akcjach odwetowych polskich, aby ofiary UPA móc „przepisać” pod mianownik AK. Te działania jednak jest z góry są skazane na niepowodzenie. Przede wszystkim ze względu na liczne dowody
będące w rękach niemieckich, węgierskich i rosyjskich. Dowody wskazujące na fakt, że akcje odwetowe w tej znikomej ilości jaką miały miejsce były przeprowadzane
przez siły niemieckie lub węgierskie, dla uspokojenia zaplecza przy frontowego. Ewentualnie na dramatyczne prośby ocalałych z pogromów poszczególnych wiosek.
Relacje mówiące o tym jakie wrażenie wywoływały miejsca pogromów na żołnierzach niemieckich czy węgierskich, wskazują na niespotykane okrucieństwo napastników.
Często też efektem były odwety ze strony sił niemieckich czy węgierskich, będące na zbliżonym poziomie. Bowiem żołnierz nawykły do okrucieństw wojny, widzący rozprute zwłoki noworodków na sztachetach od płotu, przybite gwoździami do drzwi, czy przyszpilone bagnetem do stołu, mimo swojego żołnierskiego rzemiosła nie potrafi pogodzić się z takimi potwornościami, i że ten kto uczynił coś tak okrutnego, i uznaje niejako naturalnie, że ten kto zdobył się na te potworności, przestaje być człowiekiem i nie zasługuje na nic więcej jak tylko śmierć.
Czymś innym jest walka żołnierza z żołnierzem, twarzą w twarz, a czymś innym mord na bezbronnym niemowlęciu…
Podobnie było z oddziałami rosyjskimi, które miały do czynienia ze skutkami działań UPA. Powstały „Istreiebitelne bataliony” do obrony ocalałych wsi, a siły „Śmiersz” czy innych oddziałów bezpieczeństwa rozprawiały się bezwzględnie z bandytami z pod znaku UPA. Nie tylko ze względu na realizację celów politycznych…
I wreszcie rozkaz dowództwa AK oficjalnie zabraniający odwetów na ludności cywilnej pochodzenia ukraińskiego. Nieposłuszeństwo było karane sądem i rozstrzelaniem.

Pan Jan którego poznałem w przedziale pociągu zmierzającego na wschód Polski opowiedział mi wzruszającą historię. Zapisałem sobie jego adres telefon i nazwisko. Obiecaliśmy sobie ze spotkamy się w najbliższym czasie i przekaże mi akt urodzenia swojej mamy, córki Polaka wychowanego przez Ukraińca. Sieroty, którego rodzice zmarli w wyniku jakiejś zarazy, a sąsiad, Ukrainiec przygarnął zrozpaczonego samotnego chłopczyka i wychował jak swoje własne dziecko. Kiedy osiągnął pełnoletność i zakochał się w Polce jego przybrany ojciec, Ukrainiec błogosławił mu, dał ziemię, pomógł w budowie domu. Słowem był jak prawdziwy ojciec.
Żyli szczęśliwie na Wołyniu, razem. Nastały jednak czasy wojny. Kiedy bandy UPA zaczęły akcję eksterminacyjno-ludobójczą „obcego elementu”, ojciec przyszedł do syna z ciężkim sercem prosił go o to, aby ciekał do Polski, gdyż doszły go słuchy, że już za dzień lub dwa przyjdą bandyci mordować. Nie mógł przecież na to pozwolić.
Oglądał szczęście człowieka którego wychował jak własnego syna widział jego dzieci, które traktowały go jak dziadka. Kochały. Jego serce nie pozwalało na inny czyn, pomimo tego że domyślał się iż więcej się nie zobaczą…
Pod osłoną nocy spakowali swój skromny dobytek na furmankę i odprowadzani znakiem krzyża przez Ojca-Ukraińca, ruszyli w tułaczkę, aby uratować życie.
Droga wojenna tej rodziny po wielu perturbacjach doprowadziła do Szczecina. Tutaj zamieszkali.
Pan Jan opowiadał mi o planach podróży w to miejsce, gdzie jego dziadek miał szansę przeżyć dzięki swojemu ojczymowi. Chciał jechać tam ze swoją matką. Spotkać chociażby dzieci, dzieci tamtego dobrego człowieka, spojrzeć im w oczy i podziękować. Z serca. Podać rękę potomkom odważnego, prawego Ukraińca. Niestety, matka zmarła. Nie udało się zrealizować tego o czym marzyła – jak każdy; powrotu…. Odwiedzin miejsca swojego dzieciństwa, wioski: Domażyr obecnie Stara Rika (Stara Rzeka).

Relacja ta jest jednym z wielu dowodów na fakt, że wielu ludzi mimo uporczywych działań nacjonalistów z OUN-UPA nie straciło swojego człowieczeństwa w obliczu okrucieństw wojny, i to co uznawało za najważniejsze, szacunek dla ludzkiego życia, miłość dla człowieka przetrwało.
Dlatego stworzenie odznaczenia, które nagradzałoby przecież tak trudne wybory, od których nierzadko zależało własne życie, jest najważniejsze.
W tej materii nasze rządy powinny rozpocząć wspólną akcję odszukania i właściwego docenienia chociażby i potomków „Sprawiedliwych wśród naszych narodów”, przyczynkiem są chociażby takie publikacje jak książka Romualda Niedzielki pt. „Kresowa Księga Sprawiedliwych 1939-1945” czy apel, który ciągle pozostaje bez echa: Sprawiedliwi Ukraińcy – ofiary ukraińskie

Warto też zastanowić się nad tym dlaczego w zasadzie na każdym kroku, w poczekalni u lekarza ( Relacja Pani L. ), czy też w pociągu, wciąż spotykam świadków. Mimo wieku i lat. Mimo pogromu, który usunął wielu świadków jak i wiele osad w całości, już wtedy na Wołyniu.
Mówi się że Kresowian i ich potomków w Polsce jest ponad 8 milionów. Ilu o tym wie?

Piotr Szelągowski


gmina Domażyr (Ukraina)