Historia alternatywna czy Warto? Ciszewski: rok 1939 inaczej, SF.

Oczywiście przeczytałem. Oczywiście podobało się, tym bardziej, że jakieś 12 lat temu sam napisałem dwa opowiadania o podobnej tematyce, a kilka konspektów obfitujących w naprawdę ciekawe pomysły leży w szufladzie…]
Trochę nietypowo, ale cóż spróbujmy, kto czytał, niech napisze..
Podobała się? Może nie podobała się? Taka ogólna recenzja. Może coś więcej.
Pomysł opaty na słynnym przeskoku w czasie amerykańskiego lotniskowca „Nimitz”, i takiej jeszcze jednej produkcji japońskiej gdzie oddział żołnierzy przenosi się w czasy samurajskie.

Poniżej zdjęcia do okładek książki Ciszewskiego i link do mojego opowiadania, sprzed ładnych paru lat ( na stronie wrzucone chyba w 2005 napisane jakoś tak w okolicy milenium). Wysyłałem nawet je do Fabryki Słów, niestety nie spodobało się…
ROK 1939
Piszcie co o nim sądzicie. Wybaczcie, że takie toporne, bez korekty. Brak funduszy.

BezPrzesady? Piszemy inną historię? Jakieś pomysły?

Piotrek

BezPrzesady

A więc pojawiły się pierwsze głosy…Cieszę się, że poruszono, brak konsekwencji związanych z „efektem motyla” (wprowadzone zmiany w kontinuum czasowym i wynikające z tego trwałe efekty zmiany rzeczywistości), jest szalenie denerwujący. I psuje cały obraz (spodziewany) dalszego ciągu, który przecież otwiera nieskończone bez mała możliwości, z racji właśnie nieprzewidywalności dalszych posunięć, tymczasem autor doprowadził niejako na siłę do „wyrównania” i powrotu w stary tor czasu A więc zwyciężają sowieci, narzucają nam swoją hegemonię itp). Cóż, każdy autor ma prawo iść swoją własną ścieżką. O ile powoduje takie, a nie inne konsekwencje, tym samym musi się podporządkować nim w dalszych częściach, to czy świadomie nałożył na siebie te ograniczenia to inna sprawa Zdawał sobie sprawę z ograniczenia możliwości wątków). Z braku podobnej literatury zgarnia bonusy. Według niego chodziło mu o dobrą akcję i odrobinę nadziei… W końcu jednak czujemy się mocno niedowartościowani tym co stało się w prawdziwej rzeczywistości, po II wojnie światowej: brakiem nawet słowa „przepraszamy” – ze strony aliantów zachodnich za zdradę w Teheranie i wcześniej. Głównym twórcą zdrady był tak naprawdę prezydent USA, od którego zależało ostatnie słowo niejaki Roosevelt. O tym też nie mówi się za często, jedynie można poczytać o jego arogancji i ignorancji spraw polskich w książkach historycznych (np.: „Roosevelt a Sprawa Polska” czy „Wielka Koalicja”), tymczasem ku czci i pamięci jest sporo ulic noszących jego nazwisko. To co najmniej dziwne. Również w moim rodzinnym mieście Poznaniu. Osobiście wolałbym zmienić je np. na W. Willsona, który o wiele bardziej z wszystkich prezydentów USA przyczynił się do sprawy polskiej (po pierwszej wojnie światowej). Tymczasem jest marginalizowany.

Jeden z (wielu) pomysłów mojego autorstwa…(na bazie braku „efektu motyla” w powieściach Ciszewskiego).
Miło byłoby pofantazjować (zgodnie z „efektem motyla” i wyobrazić sobie, że akcja naszych żołnierzy z przyszłości odmienia całkowicie losy wojny, należycie wykorzystane środki zastraszenia za pomocą dostępnych mediów (propagandowych) powodują na przykład: zaprzestanie działań wojennych (16-go września wieczorem podpisujemy rozejm z Niemcami) i np.: – Stalin nie wiedząc o tym, „wpuszcza się w maliny” atakując nas od tyłu. [nie ma słynnej dyrektywy Wodza Naczelnego o unikaniu otwartych potyczek, wycofywaniu się, a jedynie walce w ostateczności] Idąc dalej moim przykładowym tokiem rozumowania: nasi politycy, Beck i wojskowi rozmawiają ze swoimi odpowiednikami po niemieckiej stronie, że w tym układzie Rzesza staje się naszym sojusznikiem w walce z Sowietami, a sam Hitler skuszony dostępem do niesamowitej, niszczącej technologii, naszych żołnierzy z przyszłości zrywa pakt Ribbentrop Mołotow i żołnierze polscy ramię w ramię z niemieckimi idą na wojnę przeciw „czerwonej zarazie”, której siły w 1939 były, mimo swojej liczebności, bardzo słabe moralnie i duchowo. Te z kolei poddają się masowo, wykorzystując znów sytuację, że to my, Polacy jesteśmy (w na szybko podpisanym układzie polsko-niemieckim) tą łagodniejszą siłą, i w związku z tym wykorzystujemy pożytecznie (nie tak jak Hitler w 1941 roku) owe poddające się siły radzieckie, na naszym odcinku frontu. Montujemy daleko idącą w skutkach ofensywę szumnie rozdmuchaną przez wspólną polsko-niemiecką już propagandę (dr Goebels- a jak!) zwaną „wyzwoleńczą”. Miliony ulotek namawia do zwracania się przeciw politdrukom działającym w każdym oddziale armii sowieckiej i mordowania ich (a co; ptaszyskom ich!), i to wszystko w trosce o dobro zwykłego człowieka, nie stłamszonego aparatem przemocy Czerwonych. Nawołuje też do przechodzenia na polsko-niemiecką stronę w myśl szczytnego pomysłu utworzenia protektoratu wielkiej matiuszki Rosji rządzonego oczywiście przez polsko-niemieckie władze. Krótko: podbijamy Rosję Sowiecką, zdobywamy Moskwę, Syberią dzielimy się po równo z Niemcami, Rosjanom zostawiamy władzę na poziomie niższego szczebla, nie gnębimy ich- znani przecież z naszej wielowiekowej tradycji niechęci dla wdawania się w poważniejsze konflikty etniczne, tamujemy w działaniach wyniszczających Żydów – samych Niemców, a być może tworzymy też jakąś V kolumnę w armii niemieckiej, która w niedługim czasie obali tyrana Hitlera, i całą jego sitwę pośle na szafot w Dreźnie.
A następnie przychodzi czas na „pokojowe” zjednoczenie Europy pod wspólnym berłem polsko-niemieckim: kolejno podbijamy Francję, Belgię, Holandię, Danię. Zdobywamy Anglię, tym razem nasi doskonali piloci wybijają do nogi rozpaczliwie broniących się Anglików (sami wiemy jak niewiele brakowało Geringowi- w prawdziwej rzeczywistości, kiedy zaprzestał ataków zdolnych do walk było zaledwie kilkanaście do kilkudziesięciu samolotów myśliwskich po stronie Anglików- tak naprawdę Anglicy dzięki naszym pilotom po prostu ocalili tyłki). Panujemy niepodzielnie w Europie. I może taki ład byłby o wiele ciekawszy niż obecny liberalno-bankowy. Kto wie. Ale to taka mała dygresja zaledwie. Jak wiadomo w SF wszystko jest możliwe. Taki przebieg scenariusza otwiera niezliczoną ilość możliwości rozwoju wątków. Np można by gdzieś wpleść różnych dziadków znanych osobistości, którzy walczyli w Wehrmachcie, tworząc jakieś fikcyjne ich przygody na frontach Europy. To zaledwie jeden z wielu moich pomysłów rozwijanych (nie wszystkie zapisywałem) od lat w tym temacie historii alternatywnej. Doskonale się przy tym bawiłem.
Jedne z nich opisuje wspólny atak na polsko-niemiecki na USA -za pomocą broni rakietowej wystrzeliwanej… (tu zamilczę, gdyż pomysł wydaje się mi przedni), ten pomysł pociągnąłem akurat w formie opowiadania.
Miałbym nawet taka ciekawa dość propozycję jak się mi wydaje abyśmy wspólnymi siłami on-line zaczęli pisać jakieś takie opowiadanie historii alternatywnej… zderzenie wielu umysłów i ich pomysłów mogłoby się okazać niezwykle ciekawe. Trzeba by było oczywiście przyjąć jakieś założenia…, sądzę jednak, że dałoby się to zrobić.
Na zakończenie: ewidentnie jestem fanem historii alternatywnej, może dlatego, że chociaż w ten sposób udałoby się naprawić wiele niesprawiedliwości wyrządzonych naszym rodakom i naszemu krajowi przez licznych tak zwanych „sojuszników” ze wschodu czy też z zachodu…i zaszczepić odrobinę zainteresowania historią młodemu pokoleniu, poprzez element jakże istotny i także chyba nośny – nasze zwycięstwa chociaż na kartkach papieru. Na różne sposoby…
Serdecznie pozdrawiam miłośników SF.

Piotrek

Autor

Piotrek

Cóż, ten świat nie zawsze działa według norm, które zakładasz,że istnieją...? Co jest dobre co złe? Czy lepiej milczeć na ten temat, czy mówić? Zdecydujcie sami, ja już podjąłem decyzję.

6 myśli w temacie “Historia alternatywna czy Warto? Ciszewski: rok 1939 inaczej, SF.”

  1. Książki Marcina Ciszewskiego też zrodziły we mnie nadzieję na ciekawą lekturę – ruszyły obszar historii alternatywnej, który kusił od dawna… Niestety, rozczarowały. Z jednej strony Autor przyznaje, że zna „efekt motyla”, z drugiej strony arbitralnie go odrzuca, nie uwzględniając jego skutków przy budowie fabuły. Jak dla mnie, wielki to minus wspomnianych powieści. Mogła być hard SF, wyszły bajeczki ;)

    Twoje opowiadanie ciekawe i – jak to bywa – ma swój odpowiednik wśród tekstów wydanych. Coś opartego na podobnym pomyśle rzucił niedawno na papier Marcin Wolski (powieść „Wallenrod”).

    1. Tak, coś w tym jest, jestem niezmiernie ciekaw tego opowiadania Wolskiego…- swoje wysyłałem swego czasu do Fabryki Słów na konkurs opowiadań o II Wojnie Św. Wydano potem dość obszerną książkę. Nie wszystkie opowiadania (nie tylko moim zdaniem) powinny się kwalifikować do publikacji pod tym tytułem… cóż…. :-) mam jeszcze kilkanaście pomysłów częściowo spisanych, historii alternatywnej. Może je przedyskutujemy przy dobrej szkockiej whisky? Może coś by z tego wyszło? Kto wie… To opowiadanie napisałem jakieś 10 lat temu (nie wiem kiedy Wolski wpadł na swój pomysł) i pomysły też wtedy jakby częściej się pojawiały… Szara rzeczywistość wiele odbiera… Ale ostatnio aktywuję się na nowo w sferze SF trzeba uciekać od szarzyzny. :-) Pozdrawiam

  2. Co do „efektu motyla” zgadzam się bez dwóch zdań jakby Autor wystraszył się co wymyślił…

  3. „Burza” Parowskiego jest jakby z trochę innej parafii. Wynikła z fascynacji Dickiem i przez to między innymi bardziej klimat prawdopodobieństwa/nieprawdopodobieństwa zdaje się oddawać, niż pełni rolę przewodnika po „alternatywie” – co splata się zresztą, jak sądzę, mocno z samym pomysłem, iż ulewne i wielodniowe deszcze mogłyby wstrzymać niemiecką ofensywę i odwrócić koleje tamtej kampanii. Pomysł to malarski i metaforyczny, ale prawdopodobny tak sobie pewnie – chyba żeby spojrzeć na niego właśnie przez Dicka i jego „Człowieka z Wysokiego Zamku”, który też alternatywną historią jest słabo akcentowaną, ale traktatem metafizyczno-historycznym niezłym.

    Inna sprawa, że „Burzę” czytałem z przyjemnością. Podobnie zresztą jak wspomnianego wcześniej Wolskiego oraz inną jeszcze jego świeżą powieść alternatywną „Jedna przegrana bitwa” (wariacja na temat klęski wojsk polskich w 1920 roku). Może tylko trochę nazbyt kabaretem pod koniec pobiegł… Ale można uznać to pewnie za rodzaj „mrugnięcia okiem”.

    Co do zespołowego pisania – do pewnego stopnia Birmingham tak robił, pisząc trylogię „Oś czasu” (korzystał z podpowiedzi czytelników swojej listy dyskusyjnej i bloga; BTW – gdy usłyszał o książce Ciszewskiego też się zapalił i wyraził żal, że nie zna polskiego). Tak że precedens jest, może więc i faktycznie…

  4. Ostatnio przeczytałem wywiad z Ciszewskim w jednym ze starszych numerów „Fantastyki” 12(327) z 2009 roku. O przepraszam: „Nowej Fantastyki”. Rozmawiała Anna Brzezińska. Jest tam poruszonych kilka ciekawych kwestii, niekoniecznie nawet związanych z jego książkami, np.: sprawa celowości lub nie Powstania Warszawskiego, osobiście nie znam osoby będącej uczestnikiem,która przez pryzmat czasu i ofiar by je kwestionowała. Ponadto wszyscy krytykujący zapominają o jednym obecna nasza wiedza dostarcza nam danych umożliwiających podważenie celowości wybuchu powstania czy to ze względu na fakt umów między sojusznikami, a więc strefy wpływów, czy też analizę sytuacji militarno-strategicznej, chociaż przerzucenie brygady Sosabowskiego do walczącej Warszawy też mogło mieć swoje znaczenie- inna sprawa że reakcja Stalina mogłaby bardzo nie podobać się Aliantom zachodnim. Generalnie trzęśli oni portkami przed Stalinem. W tej roli byli żenujący. Główny zdrajca Polski Roosevelt szczególnie. Zgadzam się na pewno z jedną wypowiedzią Ciszewskiego z tego wywiadu: przekaz ma znaczenie drugoplanowe… Co wcale nie znaczy, że należy stawiać tylko na fajerwerki, które ogłupiają. Szkoda, że podczas wywiadu nie pada pytanie o „Efekt Motyla”. Widać po tym wyraźnie, że jest to raczej przyjemna gawęda mająca z a zadnie zareklamować same książki, niż raczej podyskutować o ich plusach i minusach. Szkoda …
    Niemniej czytelnikowi nie zaznajomionemu z pewnymi wiadomościami historycznymi z zakresu II wojny co nieco może zaświtać w głowie po przeczytaniu tego materiału. I dobrze, może to GO natchnąć do indywidualnych, samodzielnych poszukiwań informacji, byle nie tylko w Wikipedii głównie administrowanej przez nastolatków, nie zawsze mających jakiekolwiek pojęcie o tym co jest tam wypisywane. To z kolei jest doskonałym tematem na niezależny materiał… Wracając do głównego nurtu mojej wypowiedzi („ad rem” jak mawiają mądrzy): zwrócenie uwagi na militarny aspekt wynikający z obrony Westerplatte jest może i ciekawy jednakże nie do końca niesie za sobą prawdziwe wnioski: Nie odnajduję sensu wojskowego (w znaczeniu „strategiczny”, a strategia odniesienia zwycięstwa jest chyba w działaniach militarnych najważniejsza), w obronie nawet bardzo skutecznej wyizolowanej placówki wojskowej. I do tego przenoszenia owego militarnego „sukcesu” na całość wojsk walczących podczas kampanii. Dowodzenie było bardzo znacząco różnicujące, błędów popełniono masę, dodatkowo nie wszyscy dowódcy okazali się predysponowani do wykonywanych funkcji, brak środków łączności (zwykłe porównanie: Niemiecka dyw. p.: ponad 140 radiostacji, radziecka: 87, francuska: 81 (i uwaga!) polska: …19) i wiele innych mankamentów. Trudno jest przenosić sukces w walce pozycyjnej, broniąc się przy pomocy przygotowanych do tego środków fortecznych, nawet mizernych, ale znając doskonale topografię terenu, mając opanowane do perfekcji warianty obrony- na walkę w polu bez jakiegokolwiek rozsądnego rozeznania przeciwnika, nie zawsze będąc właściwie dowodzonym (to w stosunku do niższej kadry dowódczej), generalnie nie da się przełożyć tego wyizolowanego sukcesu militarnego tak jak chce Ciszewski w omawianym materiale, na całość obrony i walki na teatrze działań wojennych Kampanii Wrześniowej. Przykład Wizny i jej bohaterskiego dowódcy kpt. Raginisa potwierdza tylko ową regułę. Tam gdzie mieliśmy do dyspozycji, środki obrony statycznej- forteczne w znaczącej liczbie przypadków wyniki mieliśmy doskonałe jak na ilość zastosowanych środków defensywnych, w stosunku do ilości środków ofensywnych atakujących umocnione punkty oporu. Można się tylko zżymać, że większości tych pozycji obronnych nie zdążyliśmy rozbudować odpowiednio. Były oczywiście przykłady opuszczenia pozycji umocnionych wynikające ze strategii działania (Schrony na terenach działania „Armii Poznań”). Niemniej tam gdzie się broniliśmy, tak jak właśnie podawany przykład Westerplatte, czy Wizny – efekty mieliśmy bardzo dobre. Tylko czy to mogło w jakiś większy sposób wpłynąć na kampanię i czy przekładało się jak już pisałem wyżej na podobne efekty innych rodzajów wojska? Np. rozczłonkowanego lotnictwa? Cóż z tego że piloci byli doskonali skoro strategia jego wykorzystania była tragiczna…
    Warto jeszcze poruszyć końcowy fragment wypowiedzi Ciszewskiego – niezwykle dla mnie istotną w której mowa jest o Polaku-Kacie czy też Polaku-współuczestniku. Tutaj Ciszewski wskazuje na niezwykle istotną sprawę, mówiąc że jeżeli dobrze się poszuka wszędzie znajdzie się takie postaci, ślady ich działania, a niektóre media obecnie działające z różnych pobudek celowo nagłaśniają takie informacje… „Z igły widły”. W moich pracach i analizach którym się obecnie poświęcam jest to niezwykle ważna i ważka informacja której ja osobiście jestem świadom od lat, jednakże dobrze, że pojawiła się właśnie w tym materiale wypowiedź na ten temat. Szczególnie chodzi mi o ten fragment o „innym wpływowym medium”. Należy uzmysłowić społeczeństwu w jaki sposób jest manipulowane i jak relatywizuje się fakty historyczne do bieżących rozgrywek politycznych.
    Zamierzam w najbliższym czasie opisać przykład jednej z najbardziej zbrodniczych akcji aliantów po zakończeniu działań wojennych 3 maja 1945 roku gdzie zatopiono w wyniku bombardowania samolotów alianckich statki obozy koncentracyjne w Neustadt. Nic z tym nie zrobiono. Nie pociągnięto nikogo do odpowiedzialności. W literaturze angielskiej, cicho jak makiem zasiał. Poza lakonicznym stwierdzeniem że RAF popełniła tragiczny błąd… Kilkanaście tysięcy ludzi zginęło. Była to największa tragedia na morzach. Niemiecki „Wilhem Gustloff” to przy tej tragedii drobiazg… I to jest właśnie doskonały przykład NIE działania mediów w danym temacie. Gdzie np. znany na cały świat przykład Jedwabnego, gdzie wrzucając temat w google na trzecie bodajże pozycji wyskakuje informacja z materiału pewnego wielo nakładowego pisma wydawanego w Polsce określanego mianem „wybiórcze”. Można tam przeczytać: „18.11.2000. Kalendarium wydarzeń w Jedwabnem, gdzie w lipcu 1941 r. miejscowi Polacy zamordowali 1600 Żydów”… Pomijając fakt, że (jak mi wiadomo z analizy obiektywnych materiałów pojawiających się w mediach na ten temat) nigdy nie udowodniono tak wielkiej ilości zamordowanych (badania archeologiczne przerwano, nie dokopano się większej ilości szkieletów niż kilkuset (300 do 600?) Ponadto większość nosiła ślady kul. Polacy od Niemców nie dostawali broni do ręki, poza formacjami byłej Policji Państwowej.
    Jak rozumiem właśnie takie przykłady miał na myśli Ciszewski. W tym zgadzam się z nim w 100 procentach.
    I w ten sposób bez mała rozmowa zeszła na tematy dość mocno odległe od SF. Niemniej kończąc akcentem SF proponuję podrzucenie do dyskusji kilku tytułów pozycji innych autorów na temat historii alternatywnej. Kilka takich rzeczy czytałem. Min. jednego z moich ulubionych autorów J. Hogana: Operacja „Proteusz”. Inna jego pozycja pt. „Najazd z Przeszłości” jest dla mnie klasykiem. I polecam ją wszystkim, którzy nie czytali.

Możliwość komentowania jest wyłączona.