Śmierć, która tak bardzo różni się od innych, tak skrajnie jest odbierana. Śmierć dziecka nienarodzonego widziana w dwójnasób, …
Problem mordowania nienarodzonych dzieci wciąż powraca, tym razem chciałbym go skonfrontować z innym: jest grupa bardzo duża rodziców którzy opłakują śmierć często utęsknionych, wyczekiwanych, swoich narodzonych, MARTWYCH dzieci…
Matka, która poroniła, matka rodząca w terminie swoje dziecko, przychodzące na świat martwe, to kobiety bardzo ciężko dotknięte, w takiej chwili wypełnione niewyobrażalnym bólem, wynikającym ze straty cząstki siebie, często długo oczekiwanej cząstki…
Jest bardzo wiele rodzin nie mogących posiadać dzieci. A jednocześnie silnie tego pragnących. jeden z przykładów jakie znam doprowadził nawet do rozpadu małżeństwa, kobieta nie mogąca mieć dzieci została porzucona przez swojego partnera. Jest to bardzo skrajne postępowanie, które potępiam. Rodzi się pytanie: gdzie w takim razie była miłość do niej? To pytanie wydaje się niezmiernie ważne.
Z drugiej strony inne małżeństwo wręcz walczące o prawo do posiadania dziecka. Walkę tą prowadzi od wielu lat. W końcu udaje się, jednak przy porodzie dziecko (dziewczynka) umiera na skutek złej oceny wagi noworodka, niefachowości lekarzy. Męczący poród przemienia się w tragedię. Trauma tym bardziej głęboka, że odebrane jest istnienie z dawna oczekiwane, upragnione, odebrane w sposób jeden z najgorszych, poprzez niedbalstwo.
Inny przykład, poronienie. Dziecko nie miało szansy, z takiej czy innej przyczyny, urodziło się martwe. Kobieta nie umie się pogodzić z tak dramatycznym wydarzeniem, w swej rozpaczy znajduje ulgę W bólu do swojego maleństwa, w jego godnym pochówku. Zostaje ślad istoty, która mogła stać się wspaniałą radością. Jednak to się nie wydarzyło. Została pamięć i uczucie, każdy pierwszy listopad przeżywany wyjątkowo przy małym grobku. Rozmyślania jaka by była, lub jaki byłby…
Jak bawiłby się z nimi, dorastał, wypowiadał swoje pierwsze słowa. Nigdy to nie nastąpi.
Tak samo nigdy nie nastąpi w przypadku milionów nienarodzonych dzieci zamordowanych w łonach matek. Na ich życzenie, lub na życzenie ich rodzin.
Rodzi się pytanie: NA CZYM POLEGA RÓŻNICA?
Gdzie jest inność tego spowitego w całun małego ciałka chowanego do grobu i opłakiwanego, od tego „innego” i jakże INACZEJ traktowanego ciałka wyrzucanego na śmieci, niechcianego, rozerwanego, zmiażdżonego, często nierozpoznawalnego…
Proszę mi wybaczyć, długo analizowałem te kwestie, zastanawiałem się na czym ma polegać owa różnica, odrzucałem różne punkty widzenia, rozpatrywałem to z kąta widzenia etyk, moralności…
Finnis np. w książce „Natural Law and Natural Rigts” broni wśród innych podstawowych dóbr ludzkich, dobra moim zdaniem nadrzędnego: Życia.
Niewątpliwym i niepodważalnym jest, że w wyniku aborcji to życie staje się niemożliwe.
Inny punkt widzenia: Kant i jego imperatyw kategoryczny: Postępuj według takiej maksymy, której istnienie możesz uznać za twoje pragnienie, tak aby stało się powszechne (aby stało się Prawem obowiązującym).
Obowiązkiem pierwszym jest obowiązek zachowania własnego życia.
Można się zastanowić: dlaczego mam zachować własne życie? Co w nim takiego cennego? przecież nic mi nie wychodzi, nie jestem (w moim mniemaniu – przenoszącym się na mniemanie że i inni również tak uważają (podstawa?)) nic wart. A może sam fakt mojego istnienia jest tak ważny, i wpływa w sposób zasadniczy na wszechświat (samo istnienie), że staje się koniecznością. A wartość tego istnienia nie przekłada się na żadną znana walutę. Wychodząc z takiego założenia obowiązkiem jest też zachowanie życia jako takiego, swojego przede wszystkim. Każdego innego również. Ponieważ jest unikalne, niepowtarzalne,. przynoszące światu iskierkę czegoś czego nie będzie kiedy zapobiegniemy powstaniu tego życia.
I tutaj dotykamy sedna problemu: kobieta decydująca się na aborcję nie zapobiega powstaniu życia, ona je PRZERYWA.
Czas na zapobieganie ma za sobą. Często argumentem jest, że kobieta ma prawo decydować o swoim samostanowieniu (ciele: ogólniej). A więc; dlaczego nie uczyniła tego wcześniej? Doprowadzając do aktu prokreacyjnego, w wyniku którego powstało nowe życie uczyniła wybór. Żadna sofistyka nie obroni stanowiska owej kobiety, że ma prawo do stanowienia o nowo powstającym życiu na mocy decyzji o swoim stanie. Ona już ją utraciła.
Już usłyszę zarzuty, że to męski szowinizm. Gdyż nie jestem kobietą, nie wiem co to zajmowanie się dzieckiem, żyję w „innym świecie”. A przede wszystkim nie wiem, co to jest rodzenie. I dlatego z punktu odbiera się mi prawo do stanowienia, wypowiadania się w tym temacie. Ciekawe. Przecież to jest dopiero szowinizm (kobiecy).
Otóż kilkanaście lat temu podjąłem decyzję, która rodziła się we mnie na bazie kultury, etyki (jak teraz wiem) i zasad moralnych obowiązujących w społeczeństwie z którego się wywodzę (a więc tym samym społeczeństwie z którego wywodzi się owa kobieta pragnąca zamordować życie (do tego swoje – w rozumieniu JEJ genetycznych cech dziedziczących po niej przez dziecko; a więc bezpośrednio uderzających w obowiązek Pierwszy u Kanta ochrony swojego życia), bycia przy porodzie moich dzieci. Po głębszym rozpatrzeniu tej decyzji dochodzę do wniosku, że nadrzędnym celem jej było POCZUCIE jak to jest, jak się rodzi. Nie; jako obserwator, chociaż nigdy nie miałbym szans doświadczyć bólów porodowych mojej żony. Jednak poprzez obserwację, odbiór emocjonalny, silny związek uczuciowy z kobietą rodzącą i istniejący, chociaż nieukierunkowany jeszcze personalnie (z powodu nieznajomości istoty, osoby) związek z pojawiającym się na świecie nowym Człowiekiem mogłem doprowadzić i doprowadziłem do największego przybliżenia stanu, jaki u kobiety występuje, pojawia się, rodzi wraz z rodzeniem. Widziałem i odebrałem wzrokiem, węchem i zapachem, śmiem twierdzić, że bardziej nawet doświadczyłem porodu niż żona (poza bólem) i wszystkiego po (szycia krocza, a jeszcze przedtem brutalnego jego przecięcia).
Ponadto w owej nowo narodzonej istocie są moje geny, w równej ilości jak i kobiety z którą począłem nowego człowieka. Wiec dlaczego jakieś inne kobiety (tak to odbieram) próbują wypowiadając się w sposób ogólny ograniczyć lub wręcz odebrać moje prawo do stanowienia (ogólnie rozumiane), o istnieniu bądź nie tego człowieka? A więc atakują mnie personalnie. Dlatego wyrażam swój sprzeciw – wydaje się, że dość dobrze umotywowany. Mógłbym dodać: łamią drugi obowiązek dotrzymywania przyrzeczeń ( przyrzekałem w urzędzie stanu cywilnego, że będę się troszczył o swoją małżonkę, a więc i o jej genotyp ( to też część jej), a więc i o dziecko. Obowiązek rozwijania talentów: dziecko pomoże osiągnąć mi wyżyny emocjonalne, talenty w opisywaniu stanów ducha wynikających bezpośrednie z nim obcowania i wiele innych…). Zostaje obowiązek pomagania bliźnim w potrzebie, to jest chyba oczywiste, w jaki sposób go próbują naruszyć.

Czy po tym krótkim i niedoskonałym procesie analizy dowodowej mamy jeszcze jakiekolwiek wątpliwości jeżeli chodzi o odpowiedź na pytanie: Na czym polega różnica; między martwym dzieckiem upragnionym przez swoich rodziców, a martwym dzieckiem odrzuconym przez swoją matkę (tak, matkę w efekcie końcowym nie negując potencjalnego wpływu ojca, to ona podejmuje ostateczną, nieodwracalną decyzję o aborcji, w obecnych uwarunkowaniach kulturowych chyba zgodzimy się ze jest w stanie oprzeć się wszelkim próbom wpływu i nacisku, a także skorzystać z wielu źródeł pomocy włącznie z oddaniem małego człowieka innym), tak różnie traktowanym przez pewne feministyczne środowiska pragnące, aby ta „matrwość” różniła się zasadniczo?

Na koniec, znam jeszcze jedno małżeństwo, które jest ze sobą pomimo braku możliwości posiadania dzieci, mimo ogromnego pragnienia, tęsknoty wręcz kobiety w tym związku z a taką możliwością, nie zdecydowali się jednak na adopcję, czują (zapewne- moje domysły), że w jakiś sposób nie byłoby to ich doświadczenie. Nie można im tego zarzucać, to ich wybór. Nie można imputować takiego a nie innego rozwiązania. Jak sądzę w kategoriach (rozumianej przeze mnie) etyki, są bez zarzutu.

Dziecko to Wyzwanie, na wszystkich płaszczyznach, to rodzaj egzaminu sprawdzającego nas we Wszystkich naukach i konfiguracjach, stanach i zachowaniach, tych znanych i nie. Jest to stan, sytuacja, przeznaczenia, Życie, odczucie, WYDARZENIE w Naszym bytowaniu na tym świecie, całkowicie nieporównywalne z niczym innym. I absolutnie niepowtarzalne.
Czego i Wam Wszystkim życzę [w takiej postaci w jakiej ja próbuję to rozumieć – bez zabarwienia emocjonalnego, uczuciowego i innych, nie dało się próbować zakreślić ram tego problemu- a także bez koniecznego dystansu wiekowego, teks ten nie powstałby jeszcze kilka lat temu, w takiej formie, do wszystkiego trzeba dojrzeć, musi nastąpić TA chwila…]

Piotrek

mail: BezPrzesady