„…22 lata państwo – dziki naród?… już dwie rewolucje przerobili…”
„…Unia Europejska walczy ze skrajnościami prawicowymi, Breivikami i tym podobnymi faszolami, a tam (na Ukrainie) wspiera ruchy skrajnie prawicowe…”
Na razie dwie zasłyszane wypowiedzi, których ostatnio coraz więcej wokół mnie. Jedna od nastolatka można by powiedzieć prosta i szybko wyartykułowana refleksja na podstawie prostych danych, druga to refleksja osoby o poglądach lewicujących…
Ks. Tadeusz jest zasłużonym w walce z reżimem komunistycznym Polakiem. Ostatnio z uwagi na wydarzenia na Ukrainie jest proszony często o komentarze dotyczące tej sytuacji. Z uwagi na pojawianie się tam naszych przedstawicieli ze świata polityki nie zawsze te komentarze są dla tych przedstawicieli pozytywne. I efekt mamy, pismo „partyjne” jak dawno już mówi się w kuluarach o „GP” rozpoczęło działalność wykluczającą.
Wykluczać zaczęło księdza, kapłana zajmującego się osobami niepełnosprawnymi intelektualnie już od lat 80-tych, od czasów reżimu komunistycznego, a jednocześnie Polaka, którego rodzina pochodzi z terenów wschodnich województw II RP.
Wcześniej na stronie pisałem o reakcji na takie nękająco-wykluczające działania, czy też występujące w internecie negatywne komentarze dotyczące ks Tadeusza, napisanej przez młodego poznańskiego historyka, który w sposób logiczny argumentował niewłaściwość takiego postępowania.
Pozwolę sobie przypomnieć fragmenty z tego wpisu: Czytaj dalej Czy takie działanie możemy nazwać słowem jak za komuny? Gazeta Polska CENZURUJE… Ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.
A więc stało się. Mimo wielu przeciwności znów świętujemy pamięć o tych, którzy bez szansy i nadziei na wygraną z wrogami Ojczyzny; -Polski, stanęli (zmęczeni) do walki. Może wielu nie chciało, jednak w ich sumieniach w ich rozumieniu nie mieli wyboru. Musieli walczyć przeciw następnemu najeźdźcy, który zalewał kraj ich przodków. Potrafili jakimś cudem, jakimś niewyobrażalnym wysiłkiem po prawie sześciu latach szaleństwa śmierci i zbrodni, odrzucić myśl o spokojnym bycie w stanie upodlonym, i mimo braku szansy na zwycięstwo (z czego na pewno część z nich zdawała sobie doskonale sprawę), zaprotestować walcząc.
Dlaczego? Po co? O co im chodziło?
TO pytania które są i łatwe i trudne.
Proponuję aby każdy spróbował znaleźć na nie odpowiedź wewnątrz siebie. Uczciwie. Mając informacje o tym kim był Stalin, kim był Świerczewski, czy też wcześniej tacy ideolodzy i wykonawcy jak: Dzierżyński, który już za młodu jako kilku czy kilkunastoletni chłopak strzelał do ptaków i innych zwierząt na terenie majątku swojego ojca.
W końcu ideolog główny od którego wszystko się zaczęło: Lenin.
Zbierzmy wszystkie informacje: to co pisał Suworow w swoich książkach, to co pisali zesłańcy w swoich. Utwórzmy sobie plastyczną wizję przeciw czemu próbowali się przeciwstawić ci którzy walczyli do ostatka.
Czytam kilka zdań krytyki Suworowa, które jakoś tak ostatnio wpadły mi w oczy przy innej okazji, które jednak doskonale obrazują stan umysłu człowieka wolnego, na tyle aby postanowił to co postanowili nasi Bohaterowie: „…wolałbym umrzeć niż zgodzić się na bycie niewolnikiem…”
czy inny fragment jego wypowiedzi wskazujący na Polaków: „…Polska i jej przywódcy powinni nam mówić: […] musicie robić to, co zawsze robiliśmy my. Musicie walczyć o wolność!”
I jeszcze jeden cytat:
„-…człowiek czerpie moc i odwagę, aby przeciwstawiać się niesprawiedliwym ludzkim prawom. Jest to moc i odwaga tego, kto gotów jest nawet iść do więzienia lub ginąć od miecza, gdyż jest przekonany, że: „tu się okazuje wytrwałość i wiara świętych”
Nie podaję źródła, niech będzie to zachęta do poszukiwań i analizy tych słów.
Można pisać elaboraty historyczne o walkach tych ostatnich sprzeciwiających się [niejako] w imieniu całego społeczeństwa znękanego i zmęczonego długą wojną, które nie miało już po prostu sił do przeciwstawiania się dalszej walce. Zostali tylko oni. Oni reprezentowali Polskę i Polaków – podjęli walkę dla naszych pokoleń aby pokazać to co powinna pokazywać historia (między innymi): że nie można nie przeciwstawiać się złu. Chyba każdy zgodzi się z tym stwierdzeniem, że Stalin i jego system był Złem. Z takimi stwierdzeniami spotykam się też i po lewej stronie, każdy myślący człowiek zauważa to zło. Każdy myślący człowiek, będący umaczanym w jego tworzenie nigdy się nie zgodzi z tym stwierdzeniem. I o tym należy też pamiętać.
Jakkolwiek będzie tłumaczył swoje postępowanie swoje wnioskowanie – potwierdzi tylko przyjęciem takiej a nie innej linii że jest za Złem.
I to jest odpowiedź na pytanie które min. usłyszałem wczoraj w Gnieźnie na spotkaniu z młodymi patriotami gnieźnieńskimi.
Dlaczego próbuje się wykluczyć Żołnierzy Niepodległości? Ponieważ ci co to czynią są po stronie Zła.
Moralnie brukają swoją przynależność narodową. Opluwają historię swojego narodu, Ojczyzny i jej bohaterów. Ponieważ wybrali Zło.
Nawet sami współrodacy Stalina po jego śmierci odcięli się od jego „dzieł”.
Okazuje się że „nasi” post komuniści, są bardziej wierni ideałom tego zbrodniarza niż Rosjanie.
To najgorszy, najbardziej brudny etycznie i moralnie ułamek społeczeństwa. Piętnujący swoje własne gniazdo w imię…
Właśnie. W imię czego?
Co próbują obronić? Swoich dziadów, którzy wprowadzali ład innego systemu politycznego, który okłamywał nawet swoich własnych obywateli?
Co było powodem?
Władza. To był powód. Rząd nad społeczeństwem, krajem. Prymitywna megalomania. Grupa prymitywów, która w wyniku spisku innych prymitywnych etycznie i moralnie jednostek pragnęła podporządkować narody. Aby mieć nad nimi władzę. Aby czuć się lepszymi od nich ponieważ będącymi „na prawie” chociaż przedtem gnili w więzieniach całej Europy, za swój terroryzm komunistyczny i za chęć podpalenia świata.
W imię swojego niedowartościowania. Bez żadnych moralnych i etycznych uprzedzeń. Liczyła się tylko przemoc, która prowadziła ich do władzy nad umysłami. Uciśnienia i zniewolenia tych, którzy mieli chociażby wątpliwości, a złamania i zniszczenia tych którzy znali prawdę o nich. Małych zbrodniarzach.
Historia nas uczy, aby można było rozpoznać takich maluczkich. Dlatego jest tak niebezpieczna. Pokazuje błędy i wypaczenia w ludzkich umysłach. I do czego owe błędy prowadzą.
Dlatego z historia się walczy. Łatwiej panować nad umysłami na wielu płaszczyznach. I nie chodzi tutaj o teorie spiskowe, a o proste prawa socjologiczne. Tautologie.
Po prostu: łatwiej jest kontrolować nawet mocno zróżnicowaną społeczność, kiedy ta nie ma żadnego odniesienia. Nie potrafi rozróżniać.
Dosyć na dziś tej analizy. Mam nadzieję, że ten mały fragment rozważań nad problemem odrzucania pamięci i etosu o Niezłomnych (na wielu płaszczyznach) a przez to „Wyklętych” pozwoli Wam drodzy Czytelnicy odnaleźć swoją prawdę o ich ofierze – która była tak dramatyczna, przewidywalna, jednak tak bardzo potrzebna – nam tu i teraz.
Pamiętajmy i umiejmy z tej pamięci skorzystać dla dobra naszych dzieci.
Poniżej list mieszkańca Lublina, który dokładnie opisuje sytuację związaną z opisywaną na stronie wcześniej decyzją nie użycia słowa „Ludobójstwo” w kontekście zbrodni Ludobójstwa na narodzie polskim dokonanej przez bandy OUN-UPA. Tej wątpliwości nie mają historycy, specjaliści analizujący definicję Rafała Lemkina uznaną przez ONZ i wprowadzoną jako oficjalną definicję światową.
Wątpliwości mają tylko politycy (należy użyć tego mocnego słowa: zakłamani w swoich własnych umysłach) naszego kraju, którzy jak wiadomo ukuli termin zupełnie niezrozumiały, mówiący o „znamionach ludobójstwa”. Nie może być czynu,, który jest czynem zawierającym znamiona zgodne z interpretacją definicji, a nie będącym zarazem tym czynem, lecz li tylko posiadającym owe znamiona…
Logika rozumowania osób, które wymyśliły ten termin jest zupełnie niezgodna z logiką!
Coś jest czarne albo białe. Nigdy nie posiada znamion czarności lub białości…
Osieroceni rodzice próbują poradzić sobie z samotnością, rozpaczą i bólem. Jakże to dziwne jedni pragną dziecka i je tracą a inni pragną je zamordować próbując oczyścić sobie sumienie mówiąc, że to nie człowiek… dlaczego
Dzień 15 października jest dniem dziecka utraconego. Wtedy to myśli wielu osób na świecie kierują się ku swoim odeszłym małym skarbom.
Na wyżej podanej stronie znajdziecie też fragment wywiadu z Eleni.
Na podstronach sporo pisałem o życiu nienarodzonym, a także o osobach niepełnosprawnych intelektualnie. W kontekście fundacji Brata Alberta. I Pani Eleni ma udział w pracach dla fundacji.
Z kolei dla mnie ważnym jest pamięć o pomordowanych na kresach – szczególnie dzieciach – niewinnych istotach, które padły ofiarą straszliwego okrucieństwa zwyrodnialców banderowskich….
W tym kontekście należy rozważyć słowa nacjonalistów za wschodnią granicą:
„…Bandera zalecał stosowanie radykalnych metod, ale przecież z okupantem należy walczyć wszystkimi metodami…” – to jest wyjaśnienie i usprawiedliwienie mordów dokonanych na dzieciach przez zbrodniarzy z UPA. Lider banderowców: ludobójstwo na Wołyniu to brednia
Inny cytat:
„Aż strach pomyśleć, jakie państwo możemy mieć wkrótce za sąsiada. Z punktu widzenia polskiego interesu narodowego warto by było przemyśleć, kogo popieramy w rewolucji ukraińskiej, bo nowe twory polityczne, które mogą powstać, gdy konflikt ten się zakończy wyglądają niepokojąco. Zachodnia Ukraina z Banderowcami u władzy i bronią jądrową na wyposażeniu może być poważnym zagrożeniem dla Polski. Nie zapominajmy, że jedno z haseł ukraińskich nacjonalistów brzmi – „Pamiętaj Lasze, że do Wisły to nasze”…”
(źródło: Nacjonaliści ukraińscy planują pozyskanie broni jądrowej i chcą rewizji granic z Polską )
Oby nasze żyjące dzieci nie były już wkrótce zagrożone przez bezwzględnych potomków zbrodniarzy. Europa zdaje się zupełnie nie zauważać zagrożenia. Przy nacjonalistach ukraińskich Breivik to dziecko w przedszkolu bawiące się zabawkami…
Dziś to myślami cały świat cofa się do lat wojny i zagłady Żydów, na terenie Europy – w tym w dużej mierze mordowano ich według planu nazistów na terenach byłej II RP – z uwagi i na linie komunikacyjne i na fakt że właśnie w II RP ogromna rzesza osób tej narodowości mogła przebywać nie będąc prześladowana…
Z maila (fragmenty):
„Z reżyserem Grzegorzem Braunem rozmawia Rafał Pazio.
Powstaje trzecia część pańskiego filmu o transformacji ustrojowej. Zaprezentowany temat podobno sam się wziął za Pana. O czym będzie trzecia część?
Nawet jeśli ktoś mówi, że się nie interesuje polityką i historią, może być pewny, że polityka i historia interesują się nim. Zajmuję się dziejami tzw. ?transformacji ustrojowej?, by lepiej zrozumieć, kto i jak właściwie urządził mi życie. Dwie pierwsze części filmu Czytaj dalej Grzegorz Braun – wywiad i link do strony. Także: dlaczego nie mamy wiedzieć nic o zbrodni na Polakach?
Podczas naszej wizyty w Krakowie i udziału w Charytatywnym Balu Niepodległości w Krakowie w listopadzie 2013 roku, odwiedziliśmy też Radwanowice…
Poniżej kilka zdjęć z tej wizyty.
Piękna polska jesień pod Krakowem… Czytaj dalej Fundacja Brata Alberta w Radwanowicach.
Dyskusje mają to do siebie, że często przybierają mocno emocjonalne brzmienie. Dlatego też na stronie o tematyce „bez przesady!” wydaje się że i ten temat powinien mieć swoje odbicie. I znów warto spojrzeć przez pryzmat mylnego pojęcia o nazwie „obiektywizm” – okazuje się po raz enty, że pojęcie to nie ma nic w sobie co mogłoby uzasadnić jego funkcjonowanie.
W tym sporze, żaden głos nie przypomina próby bycia „obiektywnym”. Nawet te które się na owo pojęcie powołują… Czytaj dalej Dyskusja o orkiestrze czyli WOŚP.
Wraz z nadejściem nowego roku nastała też nowa era w komunikacji pomiędzy sądami i prokuratorami a petentami. „Nowa” – nie znaczy niestety „lepsza”. Wszystko dlatego, że przez najbliższe dwa lata przesyłki sądowe doręczać będzie niewielka i niemal nikomu nieznana prywatna firma.
Dotąd system działał prosto: powiadomienia czy wezwania z sądów i prokuratur dostarczała Poczta Polska. Do drzwi pukał dobrze nam znany listonosz, a jeśli nie zastał nikogo w domu – zostawiał w skrzynce pocztowej awizo. Odbiór przesyłki oczywiście odbywał się w najbliższej placówce pocztowej. Od 1-go stycznia 2014 teoretycznie nie zmieniło się nic, poza operatorem przesyłek. Tyle tylko, że wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że szykuje się potężny skandal…
Polska Grupa Pocztowa
Jesienią rozstrzygnięty został przetarg na dostarczanie przesyłek z sądów powszechnych oraz prokuratur. Wygrała go Polska Grupa Pocztowa – działająca od 2006 roku spółka akcyjna, będąca tak zwanym „niepublicznym operatorem usług pocztowych”. Cóż z tego wynika? Można oczywiście cieszyć się, że po kilkudziesięciu latach złamany został (zresztą – zniesiono go już wcześniej prawnie) monopol Poczty Polskiej. Wszelkie akcje antymonopolowe są wszak dobre dla gospodarki. Warto jednak zastanowić się jakie będą tego konsekwencje dla „szarego Kowalskiego”.
Sam fakt, że PGP wygrała przetarg wynika z dość prozaicznych i – niestety – typowych w Polsce powodów: po prostu firma przedstawiła najtańszą ofertę, o ponad 80 milionów tańszą od propozycji Poczty Polskiej. Wartość – zdobytego tym samym – dwuletniego kontraktu to niemal pół miliarda złotych. Dlaczego jednak spółka mogła sobie pozwolić na takie obniżenie ceny?
Można przypuszczać, że oferta PP wbrew pozorom była dość konkurencyjna – przede wszystkim dlatego, że jej infrastruktura jest bardzo rozwinięta, a wprowadzenie (czy raczej dalsze świadczenie) usług dostarczania przesyłek sądowych nie wymagałoby od firmy praktycznie żadnych zmian. Listonosze są wszędzie, docierają wszędzie, są odpowiednio przeszkoleni i mają doświadczenie.
PGP może sprzedać swoje usługi taniej ponieważ nie utrzymuje ani tylu placówek, ani pracowników. I tu zaczynają się przysłowiowe „schody”…
Kioskarka prawdę Ci powie…
PGP na swojej stronie internetowej ogłasza, że dostarcza przesyłki w całym kraju. Jednocześnie w tym samym miejscu stwierdza „Polska Grupa Pocztowa obsługuje ponad 4 tysiące miejscowości”. Skąd ta rozbieżność? Otóż wygląda na to, że PGP jako samodzielny podmiot faktycznie operuję w tych wspomnianych 4 tysiącach miejscowości (z niemal 60 000 istniejących w Polsce), zaś „cały kraj” to efekt nawiązania współpracy z innym prywatnym operatorem pocztowym – InPost. Współpracy – dodajmy – nawiązanej na potrzeby… obsługi kontraktu „sądowego”!
Niestety, nawet pomoc InPostu niewiele zmienia sytuację. Wystarczy bowiem przejrzeć listę „placówek”, by przekonać się, że większość z nich to wszelkiego rodzaju kioski, pseudo-agencje finansowe, a nawet osiedlowe sklepiki spożywcze. Wśród wymienionych na stronie firmy punktów agencyjnych można zresztą znaleźć prawdziwe „kwiatki”. W Warszawie na przykład powiadomienie z sądu będziemy mogli odebrać w sklepie o malowniczej nazwie „Przysmaki Pupila”. Może to zresztą i dobrze – przynajmniej można mieć nadzieję, że smacznie nakarmiony pies nie pogryzie listonosza… Jeszcze ciekawiej jest w Chorzowie. Oto orędowników zdrowego żywienia i miłośników śledzika w śmietanie prokuratura będzie szukać w… sklepie rybnym! Jak się ma do tego „powaga sądu”, za obrazę której przecież tak łatwo jest otrzymać karę grzywny?
To zresztą zaledwie dwa kuriozalne przykłady, z pewnością jednak dokładniejsze przejrzenie opublikowanej w witrynie PGP listy dostarczyłoby ich znacznie więcej. Doręczycieli natomiast jest „jak na lekarstwo”. Niesie to ze sobą kilka poważnych zagrożeń, które warto nazwać po imieniu: skandal.
Pierwsza sprawa, to oczywiście kwestia prywatności. O ile listonosz jest osobą w pewnym sensie zaufania publicznego, o tyle „pani kioskarka” już nie. I nie ma tu nic do rzeczy fakt, czy „pani Krysia z panem Staszkiem” z osiedlowego warzywniaka są osobami do szpiku kości uczciwymi. A co się stanie jak na przykład „pani Krysia” przeziębi się i przyjdzie posiedzieć w jej zastępstwie jej bratanek? Oni po prostu nie są ani teoretycznie ani praktycznie przygotowani do solidnej i bezpiecznej obsługi cudzej korespondencji. Albo wogóle nikt nie przyjdzie, bo precież „pani Kasia” nie ma obowiązku otwarcia kiosku…?
Nie trudno wyobrazić sobie sytuację, w której – dotyczy to szczególnie społeczności lokalnych, jak choćby niewielkie dzielnice miejskie, nie mówiąc już o małych wsiach, gdzie „każdy każdego zna” – wśród mieszkańców zaczynają krążyć plotki, kogoś posądza się o liczne przestępstwa albo inną nieuczciwość. Dlaczego? Ano dlatego, że rzeczona „pani Krysia”, która z połową klientek jest po imieniu, chętnie opowie, że „ten facet z naprzeciwka, ten taki zawsze niby kulturalny, to niezłe ziółko jest, bo już 10 listów z prokuratury dostał”. Niedorzeczne? Niestety jak najbardziej realne.
To po pierwsze. Po drugie – o ile Poczta Polska zdążyła przez lata wypracować odpowiednie procedury postępowania oraz standardy pracy listonoszy, dzięki którym można spodziewać się względnie pewnego dostarczenia korespondencji oraz poszanowania jej prywatności, o tyle trudno to samo powiedzieć o rzeszy zupełnie przypadkowych sklepikarzy, kioskarzy czy nawet zatrudnionych w PGP i podobnych firmach doręczycieli.
Trzeba też pamiętać, że listonosz zanim zostanie dopuszczony do wykonywania swojego zawodu musi przejść podstawowe badania psychologiczne oraz – co jest w kontekście urzędowej korespondencji niezmiernie istotne – przedstawić zaświadczenie o niekaralności. Od pracowników kiosków czy sklepów nie jest ono przeważnie wymagane, a poddawanie testom psychologicznym ekspedientki ze sklepu rybnego byłoby raczej absurdalne. Choć z drugiej strony, być może sprzedaż żywych karpi wymaga odpowiednio silnej konstrukcji psychicznej… Tak czy inaczej, ludzie przez których ręce będzie przechodzić nasza korespondencja sądowa nie muszą spełniać praktycznie żadnych warunków formalnych i – w obecnej sytuacji – faktycznie trudno byłoby od nich tego wymagać.
Po trzecie – wystarczy choćby krótka wizyta w jednej z placówek partnerskich któregokolwiek prywatnego operatora pocztowego, by przekonać się naocznie, że standardy obsługi korespondencji są dość niskie, a dotyczy to przede wszystkim sposobów jej przechowywania. Innymi słowy: w wielu miejscach panuje zwyczajny bałagan zarówno wśród samych przesyłek, jak i w ich ewidencji.
Po czwarte wreszcie – nikt raczej nie pociągnie do odpowiedzialności „pani z kiosku lub ze sklepu rybnego”, jeśli przesyłka nie dotrze do adresata. Doręczyciel Poczty Polskiej odpowiada za swoją pracę i podlega w mniejszym lub większym stopniu zarówno kontroli, jak i konsekwencjom służbowym wynikającym ze złego wypełniania obowiązków. Trzeba też pamiętać, iż jest zatrudniony na podstawie umowy o pracę zawartą z przedsiębiorstwem państwowym i gwarantującą wypłatę wynagrodzenia w terminie, a też ochronę przed nieuzasadnionym zwolnieniem. Jak to się ma do ekspedientki, która nie ma żadnej stabilności pracy i którą pracodawca może przecież z dnia na dzień zwolnić, bo np. „interes źle idzie”? Jakie może ponieść konsekwencje za „zgubienie” kilku przesyłek z sądu czy prokuratury? Przecież nie jest urzędnikiem państwowym…
Z tego wszystkiego wynika jeszcze jeden, zdecydowanie poważniejszy problem.
Niewiedza nie jest usprawiedliwieniem
W przypadku większości procedur sądowych i prokuratorskich – ze szczególnym uwzględnieniem wszelkiego rodzaju przesłuchań oraz rozpraw – obowiązuje podstawowa zasada: jeśli adresat przesyłki (np. wezwania) nie odebrał jej w wyznaczonym terminie, uznaje się ją za doręczoną. Jeśli więc prokurator wzywa nas na przesłuchanie, ale wezwanie do nas nie dotrze, to niestety stwierdzenie „nie otrzymałem listu z prokuratury” nie usprawiedliwi naszej nieobecności w wyznaczonym miejscu i terminie. W efekcie możemy spodziewać się ukarania – począwszy od drobnej grzywny, na ograniczeniu wolności skończywszy, nie mówiąc już o przymusowym doprowadzeniu przed „oblicze sprawiedliwości” przez umundurowanych i niezbyt uprzejmych w takich sytuacjach funkcjonariuszy policji.
Problem w tym, że doręczycieli PGP jest po prostu mało i działają w bardzo niewielu w skali krajowej miejscowościach. Proszę zresztą na internetowej witrynie firmy spróbować wpisać w wyszukiwarkę (zamieszczoną w zakładce „Gdzie jesteśmy?”) nazwy kilku dowolnie wybranych małych mieścin. W zatrważającej większości przypadków takie próby kończą się lakonicznym komunikatem „Nic nie znaleziono”.
Efekt jest jeden: o ile w dużych miastach prawdopodobnie jakoś ten system funkcjonował będzie, o tyle mieszkańcy – przecież tacy sami obywatele RP – małych miasteczek i wsi będą mocno poszkodowani. Doręczyciel raczej do nich nie dotrze, bo trudno się spodziewać, by pracownik PGP dojeżdżał czasem nawet kilkadziesiąt kilometrów tylko po to, by dostarczyć jeden list, zaś odbiór przesyłki z najbliższego punktu będzie oznaczał nieraz całodzienną wyprawę do innej miejscowości. O ile w ogóle informacja o przesyłce dotrze do adresata, bo w jaki sposób będzie można udowodnić, że doręczycielowi nie chciało się dojechać i rzeczywiście nie zostawił nam awizo?
To z kolei rodzi – wspomniany już – problem: wiele osób w ogóle nie dowie się o terminach rozpraw czy potrzebie stawienia się na przesłuchanie. A to oznacza z jednej strony spore utrudnienia (by nie powiedzieć nawet „paraliż”) w pracy organów sprawiedliwości, a z drugiej – potężne utrudnienia dla obywateli oraz narażenie ich na odpowiedzialność karną lub finansową w związku z brakiem stawiennictwa na oficjalne wezwanie!
Można się wreszcie spodziewać, że sądy i prokuratury – biorąc pod uwagę doskonale nam znany poziom ich „wygodnictwa” – zaczną przesyłać wezwania i tym podobną korespondencję przez policję. Czyli zrobią z policjantów listonoszy. Z pewnością nie wpłynie to dobrze ani na wizerunek policji ani na jej pracę. Nie mówiąc już o tym, że wizyta umundurowanych funkcjonariuszy w domu nigdy nie jest przyjemna, a dla co bardziej ciekawskich sąsiadów rodzi kolejny temat do plotek.
Kto za tym stoi?
W obliczu tak skandalicznej sytuacji wypada zapytać wprost: kto za tym stoi? Przetarg rozstrzygnięty został jesienią 2013 roku, a umowa podpisana w pośpiechu w połowie grudnia – po to, by Polska Grupa Pocztowa mogła zacząć realizować zakontraktowane usługi już od początku roku 2014. Umowa opiewa na ponad 500 milionów złotych i ma zagwarantować dostarczenie przez dwa lata 98 milionów przesyłek. Co swoją drogą przekłada się na koszt jednej przesyłki przekraczający 5 złotych (czyli wyższy niż cena listu poleconego z potwierdzeniem odbioru nadanego na „zwykłej poczcie”).
Jakby tego było mało, przetarg został zorganizowany przez Centrum Zakupów dla Sądownictwa, czyli jednostkę powołaną raptem w styczniu 2012 roku przez Dyrektora Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Zadaniem tej instytucji jest „dokonywanie centralnych zakupów dla jednostek sądownictwa powszechnego” oraz „sprzedaż usług kwaterunkowych, głównie dla pracowników resortu Ministerstwa Sprawiedliwości oraz członków ich rodzin”. W założeniu jest to więc organ, który miał usprawnić pracę polskiego sądownictwa poprzez zapewnienie centralnej obsługi wszelkiego rodzaju zakupów. Czym innym jednak jest zakup 100 tysięcy długopisów, a czym innym sprawa tak ważna, jak doręczanie urzędowej korespondencji. CZdS nie jest instytucją na co dzień zajmującą się prawem i związanymi z nim procedurami, trudno też spodziewać się by jej pracownicy wystarczająco dobrze potrafili rozpoznać faktyczne zapotrzebowanie i problemy związane z doręczaniem sądowych przesyłek.
Kolejna sprawa, to fakt, że Poczta Polska wraz z Ministerstwem Sprawiedliwości pracowała nad wdrożeniem nowoczesnego systemu elektronicznej kontroli przesyłek, który miał znacząco podnieść jakość i standardy dostarczania urzędowej korespondencji oraz zapewnić jej bezpieczeństwo.
Sam Prezes PGP Leszek Żebrowski przyznał w rozmowie z dziennikarką jednego z mainstreamowych mediów, że „nie sypia po nocach, myśląc „czy na pewno damy radę””. Stwierdził też, że zdaje sobie sprawę, że „będą jakieś błędy, problemy” choć jego firma będzie starać się wszystkie je rozwiązywać. Cóż, w dobrą wolę (oraz całkowicie naturalne aspiracje biznesowe) Prezesa Żebrowskiego wątpić nie trzeba, ale czy my będziemy mogli spać spokojnie? Na to raczej szanse są marne, bo świadomość, że „gdzieś tam” być może czeka na nas wezwanie do sądu, nie jest raczej powodem do radości. Szczególnie, jeśli sympatyczna „pani Zosia” z pobliskiego kiosku przesyłkę „zgubiła” a sąsiad od paru dni omija nas „szerokim łukiem”…
Maciej Lisowski
Dyrektor Fundacji LEX NOSTRA
www.fundacja.lexnostra.pl
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.